|
czwartek, 19 kwietnia 2012
Człowiek, który przystanął w biegu
Bogowie, co to? Szablon zmieniony, a pod spodem guziczek twarzoczaszki... przepraszam, twarzoksiążki. Zdaje się, że ktoś o to prosił, więc wrzucam. Jeżeli chodzi o szablon, zmiana była kwestią kliknięcia na dwustu ładnych schematach do wyboru, więc dalsze komentarze są zbędne. A poniżej piosenka. Świat się zmienia. Świat się wali. Świat przejdzie metamorfozę, ale to jeszcze nie teraz, jak zwykle martwię się na zapas. Gdyby znalazł się kiedyś ktoś, kto umie grać na gitarze i chciałby zabrzdąkać te moje wytwory, będę zaszczycona.
Człowiek, który przystanął w biegu Dziewiąta fala biła o brzegi A ja wciąż tkwiłam głupia na brzegu Słońce rozpadło się chwilę wcześniej A ja wciąż tkwiłam głupia na brzegu A ja wciąż tkwiłam głupia na brzegu
poniedziałek, 12 marca 2012
Futuronauta (konkurs)
Z dumą oznajmiam, że zakwalifikowałam się do finałowego etapu konkursu
piątek, 06 stycznia 2012
W ogrodzie na północ od wspomnień+inne rzeczy
Jakiś czas temu uskuteczniłam wiersz, wstawiam go tutaj z opóźnieniem, ale wstawiam. W ogrodzie... W ogrodzie na północ od wspomnień
Poza tym w związku ze świętami i Nowym Rokiem: 1) Odbijam się od urzędów usiłując na nowo podjąć krucjatę pt. prawo jazdy. Ponieważ Ministerstwo Transportu dostało czikena i przesunęło termin wykonania nowej ustawy, nie muszę się sprężać do lutego, mogę po swojemu, czyli powoooooli i wytrwaaaale. 2) Mam nowy piórnik. Nadal nie mogę ochłonąć z zachwytu nad nim i uważam, że to mój najlepszy świąteczny zakup. Raz na jakieś dziesięć-piętnaście lat powinno się nabyć nowy piórnik* albo segregator. (zachwyt nad taką błahostką może dawać wrażenie, że moje życie jest niezwykle nudne i ubogie, więc przypominam, że słowik, choć nieduży, ma w sobie więcej wdzięku od słonia, mimo, że zaczynają się tak samo). 3) Połówek sprowadził do domu gigantyczny monitor kineskopowy, kierowany po części chęcią eksperymentu na domowym fengszuju. Szybko stwierdził, że chociaż monitor daje ładny obraz, fengszuj jest zaburzony; tj. salon wygląda jakby zagnieździł się w nim bawół wodny. Czy ktoś chce monitor? Za darmo. 17 cali, staromodny i działa. 4) Znów czytam o Gałczyńskim. Co niestety widać. * z Kotewką Orzechem Wodnym. Ci, którzy mają wiedzieć, wiedzą :P
poniedziałek, 12 grudnia 2011
O człowieku, który szukał szczęścia
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami żył sobie pewien człowiek. Miał on swój mały ogródek, mały domek, mały majątek i dziewczynę, również niezbyt dużą. Z dnia na dzień prowadził tak swoje tycie życie, nie czuł się jednak szczęśliwy. Pewnego ranka jak zwykle wyszedł do pracy, ale na skrzyżowaniu rozmyślił się, zamiast w prawo skręcił w lewo i wybrał się na poszukiwanie swojego szczęścia.
środa, 26 października 2011
O fermentacji zacieru twórczego
Jest pewien problem z byciem publikującym autorem, nawet tak rzadko publikującym, jak ja. Otóż wielu rzeczy nie wolno. Nie wolno na przykład pisać recenzji cudzych książek, żeby nikt nie poczuł się niezręcznie. Przynajmniej jeżeli jest się mną i można się samemu poczuć niezręcznie, bo zafundowało się takie uczucie komuś innemu. Nie wolno się publicznie na nikogo wściec czy też ponarzekać, bo pójdzie toto w sieć i nie zniknie, nawet jeżeli mi przejdzie. W ogóle trzeba cały czas gryźć się w palce. A także - ma to swoje złe, ale i dobre strony - nie wolno pisać wielu rzeczy, na które człowiek ma ochotę, bo trzeba pisać takie, na które jest deadline. Początkujący autorzy są często przekonani, że pisanie czegokolwiek na zamówienie jest ordynarnym rzemiosłem, niewartą wzmianki zdradą weny. Inni z kolei - z drugiej, przeciwstawnej szkoły - sądzą, że zamówione teksty dostarcza się tak, jak piekarz piecze bułki. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku. Otóż wbrew opcji pierwszej, opowiadania na zamówienie mogą dostarczyć autorowi całą masę rozrywki. Wbrew opcji drugiej, proces twórczy jest jednak dość tajemniczy i znacznie bardziej skomplikowany niż potocznie rozumiane lepienie garnków czy też pieczenie bułek. Rejony mózgu, których w tym celu używamy, przeważnie pracują nieświadomie. Istnieją takie badania na zawodowych muzykach - otóż podczas najbardziej wirtuozerskich popisów używają oni zupełnie innych obszarów kory mózgowej, niż przy odtwarzaniu prostych gam. Obszarów, które nie mają wiele wspólnego z ośrodkami używanymi przez nas podczas świadomej kontroli (inhibicji) zachowania. Można dorzucać pożywki i dopieszczać mózg na wiele różnych sposobów, ale proces i tak najskuteczniej zachodzi sam z siebie. Jeżeli już przypomina to jakiekolwiek rzemiosło, to raczej ogrodnictwo. Zasiejesz, pielęgnujesz i czekasz - wyrośnie albo nie, ptaki wyżrą nasiona, szkodniki pogryzą kłącza, spadnie deszcz, wróbelki z ogródka naprzeciwko zawloką chwasty i wyrośnie coś zupełnie innego (różnica polega na tym, że dziko wysiane pomysły bywają lepsze niż to, co sobie pierwotnie zamierzyliśmy). Przeważnie działa. Czasem z opóźnieniem. W tekstach na zamówienie najfajniejsze jest to, że łamiemy rutynę. Wychodzimy ze swojej „strefy komfortu” i możemy napisać coś, do czego w innym wypadku nie chciałoby nam się zabrać. Bo nie potrafię pisać o miłości. Bo z horroru pamiętam głównie lata ’80. Bo trzeba zajrzeć do pożółkłych pergaminów, zrobić wykopki biblioteczne. Krótko mówiąc, trzeba się wysilić. I ten wysiłek, kiedy już go podejmujemy, okazuje się bardzo twórczy. Odkrywamy nieznaną część świata. Taka eksploracja bywa przemiła, odświeża i wywołuje stan błogości. I tutaj właśnie zaczynają się schody. Otóż teksty płodzone drogą naturalną powstają na bazie starej, przetrawionej wiedzy. Źródła poznaliśmy przeważnie tak dawno temu, że zdążyły już się przegryźć, sfermentować i stać się częścią nas - nawet nie wiemy, skąd bierzemy cytaty. Siedzą w podświadomości i doskonale komponują się z procesem twórczym. Nie trzeba niczego dorzucać - paliwo już tam jest. Tymczasem świeży materiał nie został jeszcze przetrawiony. Pamiętamy go doskonale, możemy go cytować i właśnie dlatego tak trudno nam zacząć pisać coś własnego i nie kopiować źródła. Ciężko skorzystać z podświadomości, kiedy cały potrzebny budulec nadal siedzi sobie w świadomości. Proces zapominania, mieszania i fermentacji faktów trwa długo. Jak sobie w tym pomóc? Są sposoby. Po pierwsze, zarzucić się źródłami. Im więcej, tym lepiej; po kilku-kilkunastu różnych tekstach zaczynamy je ze sobą mylić i o to właśnie chodzi. Po drugie, obejrzeć lub przeczytać coś całkowicie niezwiązanego z meritum sprawy. Przypadkowy obserwator może pomylić takie zachowanie z pospolitym opierniczaniem się, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby mózg wymieszał w tym samym tyglu diametralnie różniące się od siebie informacje (uważajcie na ryzyko faktycznego opierniczania się). Fermentacja twórcza jest niejako procesem płciowym, wymiana danych zajść musi. Po trzecie, zawalić się pracą. Najlepiej pracą zrywami, żeby zostało trochę miejsca na swobodne myślenie. Po czwarte, zafundować sobie wysiłek fizyczny, co jest już zupełnym ekwiwalentem dorzucania cukru do zacieru. Potem można zacząć stosować klasyczne triki. Na przykład zahaczki. Kiedy utknę i nie potrafię dalej pójść z akapitem, wypisuję sobie słowa i pojęcia, jakie przychodzą mi do głowy w związku z daną sceną. Są dwie odmiany takiej sytuacji - wtedy, gdy mam trudności z wyobrażeniem sobie sceny - wtedy jedno pojęcie pociąga za sobą inne i dostaję obraz - oraz wtedy, gdy scena jest tak bogata i szczegółowa, że dosłownie brakuje mi słów. Wtedy wyciągam po jednym, spisuję listę, układam w zdania i jakoś ogarniam ten chaos. Druga sztuczka to słowotok, czyli wolne skojarzenia. Najlepiej sprawdza się w fazie koncepcyjnej. Jest tego więcej, znajdziecie w sieci pełno porad, z których 90% nie działa. Zwłaszcza te, które sprawdzają się do mobilizowania świadomej części waszego umysłu, bo tak to można sobie napisać protokół laboratoryjny, a nie opowiadanie. Czasami nie ma rady - pomysł trzeba po prostu wysiedzieć.
sobota, 02 lipca 2011
Dla dziennikarzy: instrukcja obsługi laboratorium biologicznego
Terminy podstawowe: Bench (czyt. bencz) - pulpit, gdzie wykonuje się prace doświadczalne. Bench może być wspólny lub przynależeć do jednego doktoranta/doktora, rzadziej magistranta. Praca przy benchu = praca eksperymentalna. Lab - laboratorium, może oznaczać zarówno miejsce jak i grupę badawczą. Doktorant - niesamodzielny pracownik naukowy. Podstawowa siła robocza labu. Często przelewa ciecze z jednej probówki do drugiej. Doktor - prawie samodzielny pracownik naukowy. Nadzoruje doktorantów. Również przelewa ciecze z jednej probówki do drugiej. Nie przelewa mu się. Doktor habilitowany - samodzielny pracownik naukowy. Prawie profesor. Rzadko przelewa ciecze. Można próbować uzyskać wywiad. Profesor - bardzo samodzielny pracownik naukowy. Nigdy nie przelewa cieczy z jednej probówki do drugiej. Może nie posiadać fartucha. Warto próbować uzyskać wywiad. Czasami zalewa. Zjawiska przyrodnicze - pierwsze wrażenie i opis zjawiska Zjawisko: biolog pracuje Zjawisko: biolog siedzi przy komputerze i ogląda dziwne obrazki Zjawisko: biolog w fartuchu. Zjawisko: biolog ubrany elegancko i/lub seksownie Zjawisko: młoda, ładna biolog bez fartucha Zjawisko: Pani w wieku mocno średnim, inteligentna i pewna siebie, chodzi w fartuchu i ustawia wszystkie osoby dookoła, począwszy od robotników montujących szafki, skończywszy na doktorantach. Jak rozpoznać stopień pracownika naukowego Uwaga - ze względu na wysokie zróżnicowanie charakteru i stylu wśród pracowników, jakie nastąpiło w indywidualistycznym XXI w., niniejszą listę warto traktować jedynie jako luźne wskazówki. Jak rozpoznać stopień męskiego pracownika naukowego: Nosi okulary = doktorant Jak rozpoznać stopień żeńskiego pracownika naukowego: Farbuje włosy, maluje paznokcie, ubiera się modnie i nosi buty z ostatniego sezonu = magistrantka FAQ: Problem: Biolodzy nie noszą fartuchów! Jak uzyskać laboratorium pełne biologów w fartuchach? Rozwiązanie: Uprzedzić biologów przed pojawieniem się ekipy telewizyjnej. Ewentualnie: poprosić o fartuchy i poczekać. Problem: Biolog przelewa same bezbarwne ciecze! Jak uzyskać biologa przelewającego kolorowe ciecze? Rozwiązanie: Poprosić o to biologa, który właśnie nie pracuje. Ewentualnie nakręcić prawdę, prawdę i tylko prawdę: większość przelewanych cieczy jest bezbarwna. Problem: W tym laboratorium pracują same młode, ładne kobiety bez fartuchów! Gdzie ci naukowcy? Rozwiązanie: Patrzysz na nich. To doktorantki. Plus jedna lub dwie panie doktor. Problem: W laboratorium nie ma dostatecznie ładnych doktorantek! Rozwiązanie: Mam wrażenie, że to twój problem. Problem: Chcę rozmawiać z ważną panią profesor/panem profesorem! Czy mam go poszukać? Rozwiązanie: Poszukiwania są z góry skazane na porażkę. Profesorowie występują w stanie kwantowym, co znaczy, że nie jest możliwe jednoczesne określenie położenia profesora i jego pędu. Jeżeli się umówiłeś i wykażesz odpowiednią cierpliwość, pojawi się sam. Problem: Zupełnie nie rozumiem, co mówi do mnie biolog! Rozwiązanie: Czy zakończyłeś swoją naukę biologii na drugiej klasie szkoły średniej? Jeżeli nie, poproś o wyjaśnienie słów, których nie rozumiesz. Jeżeli tak, czy zdarza ci się czytać książki/artykuły o tematyce przyrodniczej? Jeżeli tak, patrz wyżej. Jeżeli nie, idź sobie stąd.
czwartek, 02 czerwca 2011
An old doc
Oto artykuł, który napisałam na konkurs Nature dla felietonistów. Wyniki już zostały ogłoszone - podobno było 300 kandydatów, podobno nawet załapałam się do finału, ale niestety się nie udało. No to puszczam tutaj. Co ma leżeć. This is an entry written for the Nature Columnist Contest in 2011. The results are already published - apparently there were 300 candidates and my entry was accepted to the finals. Nonetheless, I did not win :( So I am putting it here. I think it shouldn’t just gather dust on my hard drive. An old doc I remember how I felt when I first saw my PhD student ID. It smelled of fresh paint and leather (artificial, to be honest). I run my fingers over it every five minutes. Actually, I fought the oddest urge to buy a small but sturdy safe, put the ID inside, and sleep on it. I was, at last, a real PhD student, who will have a real thesis project and, after several years of work, will defend it. By the gods, nobody would take it away from me. The appetite grows with what it feeds on. Now a student ID is hardly enough and, as time passes by, I became more and more anxious. This sense of anxiety grew even more after reading some success stories. For example, look at that fellow. She has her own lab, and two dozen good papers at the age of thirty four. I keep telling myself – you don’t have to be a star to do fine science. Anyway, she probably got her education in the UK, where people finish their PhD at the time we in Poland start it. They can’t possibly be that good while still wet behind the ears, can they…? Time to think about my own turf. I browse through the young grant programs. Almost all of them have the age cutoff of thirty five, except when it’s thirty. I’m about to miss that last one. Why the cutoff anyway? I’m sure there must be better criteria. Ah, shuddering fear and green-eyed jealousy! I’m in my third year but, you see, before I applied I’ve spent three years in another lab. One of the questions at the entrance exam was if I started so late, how old would I be when I finish. I was focused on the exam and besides it’s unwise to talk back to the committee, so I just cringed inside. But the words have sunk in. And they kept resurfacing in the worst possible moments, even after my professor helpfully threw in a few names of scientific late bloomers. What if that committee member has had a point? It’s not like I’ve stunned everybody with brilliance. I’ve stumbled along with the others, skipping the usual hurdles with fluctuating performance and self-esteem. Sure, I do believe my project to be the most important thing in the world of neuroscience. I imagine that our rivals will disembowel themselves with their pipettes upon seeing my groundbreaking results. The problem is they are yet to be published. So the question remains, will I succeed? My supervisors must have seen some potential, since they took me as a PhD student, but what if I do not live up to the expectations? I am aware that the postdoc is when the real trial begins. My uncle, who is a big fan of yachting, took part in boat races - regattas - as a student. He remembers being told once: “I can’t tell if you’ll win prizes in the junior league, but you can be pretty sure you’ll eventually have to race as a senior.” There are also other factors to consider for the future. If I go abroad, my fiancé would have to look for a job in the same country, and he’s not a scientist. Babies don’t pop out of nowhere, and while my tenure can wait, my menopause won’t. Feeling wrinkled and cranky, I put my bottom in the chair and apply for another conference. Time to roll the dice. Who knows, maybe I’ll get a travel grant? Or… an emeritus discount?
niedziela, 29 maja 2011
Z Wenus, z Marsa? Niepotrzebna wojna światów.
Co jakiś czas tu i ówdzie w prasie powraca temat stary jak świat, to znaczy kwestia kobiet, mężczyzn i różnic między nimi. Zagadnienie, które interesuje istoty z gatunku homo sapiens mniej więcej od trzeciego roku życia, kiedy to dany osobnik odkrywa, że ma cipcię lub pisiorka i co więcej, nie wszyscy są obdarzeni tym samym asortymentem. Później do zestawu pierwszo- i drugorzędnych cech płciowych dochodzą cechy ustalone arbitralnie, czyli kod odzieżowy (różowy/niebieski), kod zabawkowy oraz inne kody, wchłaniane niejako przez skórę i mimo woli. Siedziałam sobie kilka lat temu w pizzerii i czekałam na agentkę od funduszy inwestycyjnych (tak, mnie też udało się wtopić na kryzysie). Nieco znudzona, obserwowałam rodzinę obok. Tata w szerokim dresie, mama w szerokim dresie i przyjaciel rodziny z gładko ogoloną czaszką i pięknie rozrośniętym karkiem popijali pizzę piwem. Tuż obok bawiło się dziecko, dwu lub trzyletnie, w każdym razie ledwo mówiące. Miało do dyspozycji kilka ludzików, wóz policyjny oraz własną wyobraźnię. Najpierw ludziki zaczęły wołać „Legia, Legia!”. Następnie jeden ludzik okazał się nie być z Warszawy, wskutek czego został spacyfikowany przez pozostałe. Na szczęście, policja była w okolicy. Nastąpiła szybka interwencja i wszystkie ludziki trafiły do ciupy. Nie mam pojęcia, z której strony dziecko znało realia. Może oceniam pochopnie i tatuś z szerokim karkiem pracuje w policji lub w ochronie. W każdym razie ledwo mówiący kajtek już doskonale wiedział, gdzie marsza grają. Nauka zaczyna się wcześnie, bo przecież już mały człowiek to zwierzę społeczne, a zestaw reguł, które musi przyswoić, jest ogromny. Do lat czterdziestych podział na różowe/niebieskie był dokładnie odwrotny. XVII wieczni Francuzi nosili rajtuzy i buty na obcasach. W czasach Szekspira kobiety nie mogły być aktorkami, toteż role żeńskie grali mężczyźni, zanim wysypał im się zarost. Zależnie od epoki, makijaż mógł być standardem dla obydwu płci lub ozdobą zarezerwowaną dla pań lekkiego prowadzenia. W Stanach Zjednoczonych piłka nożna jest całkiem popularna jako sport dla kobiet. Nawet model rodziny nie wynika wprost z uwarunkowań biologicznych. Kiedy dziś myślimy o tzw. tradycyjnej rodzinie, mamy na myśli niepracującą matkę, pracującego ojca i kilkoro dzieci wychowywanych przez mamę. W rzeczywistości model, który uchodzi za tradycję, to rodzina atomowa z lat 50. Sto lat wcześniej w Europie bogata rodzina tradycyjna wyglądała tak: tata pracuje, mama zarządza posiadłością, dzieci są wychowywane przez mamki, niańki, ciotki i babcie. Biedna natomiast tak: tata pracuje, mama pracuje, dzieci są wychowywane przez starsze rodzeństwo, bezdzietne ciotki oraz babcie. W rozmaitych plemionach myśliwych-zbieraczy dziecko po odrośnięciu od cyca jest wychowywane przez plemię. Miłość rodzicielska, tak jak miłość romantyczna, to wynalazek stosunkowo późny. Kobieta z wyższych sfer, która sama karmiła dziecko piersią, stanowiła cokolwiek szokujące zjawisko. I żeby do końca zamieszać wam w głowach, wspomnę o badaniach psychologicznych, jakie przeprowadzono w związku z talentami matematycznymi dziewcząt. Otóż różnym grupom (o ile pamiętam, rzecz dotyczyła również grup etnicznych) dawano do rozwiązywania identyczne testy. Wcześniej jednak część z nich dostawała do przeczytania tekst, który podkreślał niezdolność ich płci/grupy do wykonywania takich zadań, taki, w którym po prostu przypominano ich przynależność do danej grupy/płci, albo tekst zupełnie neutralny. Wyniki w trzeciej grupie były najwyższe - i nie różniły się w niczym od wyników białych chłopców. Do czego zmierzam? Ach, ty okropny lewaku - zakrzykną teraz niektórzy. To oczywiste! Chcesz udowodnić, że nie ma żadnych różnic między płciami, a przecież to nieprawda, bo coś tam i coś tam. Ach, gdybyż to było znowu takie proste! Biologicznym różnicom między płciami zaprzeczyć się nie da. Oprócz cech widocznych na pierwszy rzut oka, przynajmniej nago, istnieją i subtelniejsze detale. Nasza wrażliwość na leki i na ból jest inna, nasza długość życia i układ immunologiczny różnią się od siebie nawet w rozwiniętych społeczeństwach, gdzie faceci zbyt dużo nie piją i nie palą. Ba - nawet na Okinawie. Z pewnymi wyjątkami, lubimy mieć konkretną tożsamość płciową i okazywać ją w sposób akceptowany kulturowo. Dzieci zauważają to bardzo szybko i od razu uczą się konkretnych zachowań. Dla niektórych to najważniejsza część tożsamości w ogóle, inni definiują siebie przez wiele innych, niezależnych od płci cech. Ale wykazywanie, że np. talent językowy, matematyczny lub zdolności do gotowania bezpośrednio zależą do poziomu hormonów i od cech biologicznych uważam za mocną przesadę. Liczebność populacji bocianów koreluje z liczbą urodzeń, a wzrost globalnej temperatury ze spadkiem ilości piratów. Korelacja nie jest związkiem przyczynowo-skutkowym. Można sobie biologizować od góry do dołu, tymczasem rozdzielenie natury od wychowania jest tak złożone, że badacze mają trudności z określeniem przyczyn zachorowania na rozmaite nowotwory (genetyka, żywienie, wirusy, wszystko naraz i w jakich proporcjach?), a co dopiero zachowania związanego z płcią. Proste analogie do świata zwierząt nie sprawdzają się w obliczu złożoności ludzkich społeczeństw. W końcu nawet zakaz kanibalizmu jest uwarunkowany kulturowo. Piszę tę notkę, susząc pięknie pomalowane paznokcie u stóp, grając w „go” i przymierzając się do poskładania prezentacji na przyszły czwartek. Moi drodzy, cieszmy się naszą płcią, korzystajmy z jej przywilejów, śmiejmy się z wmawianych nam ograniczeń. I na bogów, nie pozwalajmy się terroryzować stereotypom. Przecież to takie nielogiczne.
środa, 18 maja 2011
O myszach i ludziach
Trafiłam ostatnio w metrze na plakat o funkcji społeczno-obywatelsko-wychowującej. Na plakacie widniało hasło „Przyjacielu, ustąp miejsca” oraz zgrabnie wykadrowane… cycki i brzuch ciężarnej. Ciężarna nie ma twarzy ani głowy; ba, nie ma nawet rąk. Prezentuje swoje atrybuty niczym neolityczna Wenus z Willendorfu, tyle że nie na golasa, a w aseksualnym sweterku bordo. W ciągu trzech lat mojego pobytu w instytucie obrodziło niemowlakami; tylko z osób, które znam, dochowały się potomstwa cztery panie doktor i jedna doktorantka. Zapewniam, że wszystkie posiadają zarówno głowę, jak i ręce; z obydwu tych darów natury korzystają nader chętnie i umiejętnie. Oczywiście, pięć osób to żadna statystyka, ale podejrzewam, że akurat tę można rozszerzyć na większą populację. Odbiorcę plakatu poprosiłabym zatem o proste ćwiczenie. W świecie rzeczywistym, gdzie metrem jeżdżą ludzie, a nie cycki z brzuchami, niech popatrzy w górę i zobaczy twarz. A najlepiej - niech spojrzy w oczy. Kontakt wzrokowy nie tylko pozwala odczytać intencje i uniknąć zawstydzającej pomyłki, gdy kobieta wcale nie jest ciężarna… Przede wszystkim sprawia, że widzimy drugiego człowieka, a nie mysz hodowlaną. A wtedy jakoś tak raźniej się na duszy robi.
niedziela, 24 kwietnia 2011
Błąd w kodzie genetycznym
Napatoczyłam się ostatnio na artykuł opublikowany kilka lat temu w New Yorkerze, do którego link podaję niżej: Tekst ma skromnie licząc minimum trzydzieści tysięcy znaków. Zważywszy, że niestety rzecz jest po angielsku - streszczę pokrótce. Mamy do czynienia z reportażem naukowym na najwyższym poziomie. Autor, Richard Preston, sportretował rzadką chorobę - zespół Lescha-Nyhana. Chorzy dotknięci syndromem, wywołanym przez mutację punktową w genie kodującym enzym HPRT, kompulsywnie się krzywdzą - np. obgryzając sobie palce do kości. Dziennikarz uniknął sensacyjno-emocjonalnego tonu. Podszedł do tematu z ogromnym wyczuciem. Porozmawiał z odkrywcą choroby, przystępnie wyjaśnił, co stoi u jej podstaw, nie zaniedbał w żadnym wypadku strony naukowej. Odnalazł dorosłych pacjentów dotkniętych zespołem. Nie ma przy tym poczucia, że chorzy, z ktorymi się zaprzyjaźnił, zostali wykorzystani przez reportera. Nie ma także protekcjonalizmu, z jakim traktuje się czytelnika w niektórych publikacjach popularnonaukowych ani grania na jego emocjach. Rzecz jest opowiedziana jasno, klarownie, bez stylistycznych ozdobników. I powiedzcie mi, moi drodzy, dlaczego tak trudno u nas o takie dziennikarstwo? Jest przecież kilku takich, co potrafią. Ech. Pomarzyć. P.S. - W Polsce ukazała się książka tego pana, zbiór felietonów/reportaży pod tytułem "Panika na poziomie 4". Już sobie zamówiłam :PPP |
Archiwum
Zakładki:
Pęczek stron Iny, czyli nadmiar blogów i nie tylko
Spis różności
Twórczość rodzinna
|