RSS
wtorek, 17 marca 2009
Bo naukowcy powiedzieli

Koleżanka, też kobita, kłóciła się ze mną swego czasu o uzdolnienia damskie w zakresie prowadzenia samochodu. Ściąć jej na dzień dobry własnym kontrprzykładem nie mogę, bo nie jeżdżę. Moje racjonalne wyjaśnienia, tak jak istnienie szklanego sufitu wśród kierowców rajdowych, aktywne jeszcze w pokoleniu naszych rodziców zjawisko „w rodzinie to facet jest kierowcą”, które skutecznie uniemożliwiało trening motoryzacyjny naszym mamom; to że nasiąknięci stereotypem, prędzej zwrócimy uwagę na źle jeżdżącą kobietę niż mężczyznę i wreszcie, że jakiekolwiek wrodzone różnice tak się nakładają na trening środowiskowy, że trudno wnioskować cokolwiek, komentowane są ostatecznym, koronnym argumentem: ale naukowcy tak powiedzieli.

Oczywiście, bardzo chętnie przeczytałabym papier kolegów po fachu – pytam więc, gdzie to znalazła? Od popularnego artykułu mogłabym przejść do źródła; jak dobierali grupy kontrolne? Jaka statystyka? Jaki model badawczy? Jak rozwiązano problem uwarunkowań psychologiczno-środowiskowych, skoro nawet koleżanka nie ośmiela się głosić wyższości własnej płci? Czy to się, krótko mówiąc, trzymało kupy? Przecież to bardzo kontrowersyjny temat, wystarczy przejrzeć ostatnie Nature, gdzie trwa dyskusja o badaniach różnic związanych z rasą i płcią.

No nie, koleżanka nie wie. Nie pamięta, gdzie czytała, ale na pewno gdzieś był taki artykuł. No bo, chyba chodziło o refleks albo coś tam, a nie o jazdę samochodem jako taką.

No, ale naukowcy tak powiedzieli.

Naukowcy powiedzieli.

Zaczynają się wiadomości w radiu (telewizję zgubiłam wskutek wyprowadzki od rodziców i jeszcze nie zauważyłam braku) i wielka informacja: naukowcy odkryli. Jeszcze pół biedy, że dziennikarz nie rozumie, o co chodzi i cytuje streszczenie z niusa z Nature. Dla niego – i dla słuchacza – odkrycia nie dokonali profesor Pipsztycka et al., ani doktor Kowalski ze Stanfordu. Naukowcy, znaczy wielka anonimowa masa szarych komórek, bez nazwiska i cech indywidualnych, jak poglądy polityczne, otwartość umysłu, mniejsza lub większa chciwość i uczciwość. Za to niewątpliwie bardzo, ale to bardzo mądra. Tak mądra, że nie warto się nawet wysilać i dowiadywać, jak to wygląda w szczegółach.

Naukowcy odkryli.

I zaraz będziemy leczyć raka.

Teraz dochodzimy do clue programu. Naukowcy jeszcze nie wyleczyli raka, chociaż dziennikarze ciągle obiecują. Jakiś doktor Bing-bong popełnił fałszerstwo naukowe, co jednak można zrzucić na karb jego azjatyckiego pochodzenia, bo jak wiadomo Koreańczyk to nie to samo, co uczciwy, dobry Amerykanin prosto z Hollywood.

Ale - o zgrozo! To nie koniec. Otóż naukowcy się kłócą. Profesor Bździdełko twierdzi, że zielone badziołki ewoluują wzdłuż, a profesor Męczybuła uważa, że raczej w poprzek. Publika stwierdza: jak tak, to pewnie jakieś oszukaństwo i ewolucji w ogóle nie ma. Pójdziemy do kreacjonistów. Oni przynajmniej są pewni, że to Bóg.

I przekonywać ich teraz, że nauka polega na mozolnym wykuwaniu wiedzy z niewiedzy, ciągłym kwestionowaniu tej pierwszej i konstruktywnym wykorzystywaniu tej ostatniej (to nie pomyłka – tylko dobre pytania gwarantują przyzwoitą odpowiedź). Publika nie potrzebuje wiedzy, tylko wiary. Skoro Autorytet ma jakiekolwiek wątpliwości, nie jest autorytetem.

Monolit pod nazwą Naukowcy schizofrenicznie rozszczepia się na pojedyncze głosy, co znaczy, że nic nie jest w życiu pewne poza śmiercią i podatkami.

O rety, skoro tak, to jak żyć?

Naukowcy nie wiedzą, ale mają ochotę na herbatę i batonik.

17:51, notkostrony
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 marca 2009

Pracowity dzień. Mam co prawda urlop, dzięki czemu oczywiście nie tylko odhaczyłam sporo zaległej pracy w innych dziedzinach życiowych, ale także trochę popisałam. Żal mi porucznika Dennisona, ale jego los był przesądzony już przed akcją tomu pierwszego - teraz to tylko retrospekcje. Za bardzo się przyzwyczajam do bohaterów, trudno im potem permanentnie zrobić krzywdę. Inna postać dokopała fabule tak, że kilka wątków uciekło w popłochu. Podejrzewałam, że tak się stanie, ale obserwowanie jej w akcji nadal wzbudza złośliwy chichot autorski. Gdzieś na wyższych poziomach splata się nadrzędny sens opowieści. Robi się interesująco.


A teraz dalsze rewelacje z cyklu „czego ludzie szukają w sieci i trafiają na mnie”.


Wapno gaszone wpadło mi do oka co robić? - O rany! Nie grzebać po Internecie, tylko dzwonić na pogotowie!*
Szare mydło na przeczyszczenie - są takie tabletki ziołowe, chyba znacznie smaczniejsze...
Karbid ugasimy wodą - nie. Szczerze zapewniam, że nie.
Destylacja bimbru wybuchające roztwory - jak widać, niektóre zainteresowania internautów są niezmienne.
Poza tym powoli zdobywam pewność, że literacka wprawka o jeziorze Lelek służy powszechnie jako instruktaż kłusowania na węgorze.


Odkładana od półtora roku praca dyplomowa trafiła na uczelnię. Składa się z trzech starych opowiadań, jednego stosunkowo nowego eseju o Parandowskim i uczyni ze mnie, żeby było śmiesznie, dyplomowaną dziennikarkę.
Na razie lab wydaje się znacznie bardziej atrakcyjny.


Aspirujący autorzy - „Alchemia słowa” Parandowskiego - obowiązkowo.


* instruktaż pierwszej pomocy mówi, że trzeba wyjąć to, co się da wyjąć, ale nie grzebać szczególnie i płukać 15-20 min wodą, z odwiniętymi powiekami, jak przy każdym oparzeniu chemicznym. Mam nadzieję, że chodziło tylko o naukę do klasówki, ale i tak ścierpłam...

16:38, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 marca 2009
Rzeczy o rzeczach, czyli brak pomysłu na tytuł

Hellou hellou...

Postanowiłam zmienić na tym blogu opcję komentarzy na dostępną dla wszystkich, jakoś nie mam rzesz fanów przed którymi muszę się opędzać, tylko paru cierpliwych Czytelników, nie posiadających konta na gazecie.pl. Pewnie zrobiłabym to już dawno, ale nie zauważyłam, że można. Trzeba za to wpisać kod z obrazka, ale z tym akurat jestem pewna, że Czytelnicy sobie poradzą.

Bez żadnego konkretnego powodu, bo już dawno nie było recenzji, co dziwnym nie jest, chciałam dziś szumnie oznajmić, że autor też człowiek, nie musi być ani ikoną spokoju, ani oazą mądrości i nawet przygotowałam sobie odpowiednią przemowę, w której przypominałam, że jestem z natury krewka, lubię mówić, co mam na myśli i cały ten autorski interes wymaga ode mnie wielkiego opanowania, bo np. negatywne recenzje wkurzają, a negatywne głupie wywołują chęć gotowania krytyka na wolnym ogniu w kwasie solnym. My tylko udajemy, że jesteśmy tacy zen. Naprawdę.

Reszty przemowy niestety nie pamiętam. Tok myślenia przerwał mi artykuł o chorobie Alzheimera.

Tj., to wbrew pozorom ma sens, prócz humorystycznego. Autorką raczej bywam niż jestem. Mój właściwy zawód to biolog, a ściślej mówiąc, neurobiolog molekularny, na razie początkujący, ale lepsze to niż nic. Publikacje naukowe to chleb powszedni. Czytanie, a nie pisanie...(na razie?) A tymczasem w zeszłym tygodniu wyskoczyły dwie przełomowe prace o Alzheimerze, to znaczy że dwie to wierzę szefowi, bo nie mogę się dorwać do jednej z nich.

Jeżeli chcecie linka, to jeden jest tutaj: "Harmless" prion protein linked to Alzheimer disease, w Nature ma się rozumieć (jeśli chcecie przeczytać, załóżcie sobie konto, newsy są darmo, a jaka radocha, wypas i szpan czytać Nature). Zapewne Wyborcza już o tym trąbi, bo polskie gazety głównie przedrukowują newsy z Nature, jeżeli czasem streszczą pełną publikację to jest święto - i ja bardzo lubię te działy naukowe, ale bardzo proszę szanownych dziennikarzy o więcej informacji z naszego krajowego poletka, zbieranych własnym przemysłem. Nawet jeżeli trudno i boli.

W każdym razie na pewno o tym trąbi, ale pewnie nie mówi, że to przełom.

Otóż, jak wiemy, w mózgu występują białka zwane prionami. Forma PrPc jest fizjologicznie normalna i nieinfekcyjna; PrPSc natomiast jest nieprawidłowo ukształtowana, przekształca normalne priony na sobie podobne i powoduje chorobę Creutzfelda-Jakoba. Od czego te priony są w normalnych warunkach, cholera wie. Są pewne przesłanki, że uczestniczą w podtrzymywaniu pamięci.

Głównym oskarżonym w chorobie Alzheimera jest natomiast amyloid-beta, białko, które w nieprawidłowych warunkach odkłada się we włóknistej formie tzw. płytek starczych. Wczesna faza choroby to jeszcze brak płytek, ale zbrylone białka - oligomery, po kilka cząstek - krążą między neuronami, zaburzają funkcjonowanie synaps i proces uczenia się.

Pan Stephen Stritmatter et al z Uniwesytetu w Yale odkryli natomiast, że obydwa białka ze sobą oddziaływują. Normalne białko prionowe i amyloid-beta. Myszki pozbawione prionu były odporne na szkodliwe oddziaływania beta amyloidu, przynajmniej w tej pierwszej fazie oligomerów. Kto by pomyślał?

Co to oznacza? Przede wszystkim teraz dysponujemy nowym celem dla leków przeciwko tej chorobie. Specjaliści już zacierają łapki, bo jeżeli coś będzie działać, to sporo zarobią. Może za parę lat wprowadzi się wreszcie na rynek takie leki, które walczą z przyczynami, a nie ze skutkami zniszczeń.

Jeżeli ktoś chce nie tylko niusa, ale papier w całości, razem z bebechami, mogę przesłać. Co do drugiej publikacji, to absolutnie nic nie wiem, ale może ją ściągnę.

Wysmażyłam takie przydługie opowiadanie, właściwie to mini powieść, teoretycznie na pracę dyplomową, tę z którą się opierniczam od półtora roku, praktyka okazała się bardziej skomplikowana. Jakiś czas się łudziłam, że to fantastyka, ale chyba nie. Nie nadaje się do żadnej antologii, ale może coś z nim zrobię. Jeżeli nagle wyrośnie ze mnie autorka głównego nurtu, pamiętajcie, że to tylko romans na boku. Życzcie mi po(za)wodzenia.

22:08, notkostrony
Link Dodaj komentarz »