RSS
piątek, 04 maja 2007
Na podbój Nowego Świata

Jakiś czas temu wróciłam z wycieczki po Stanach Zjednoczonych. Stanowczo miodnie było. Postanowiłam więc przekopiować Wam dziennik, który tam prowadziłam. Będę umieszczać go odcinkami.

Enjoy!

Czekałam na tę wyprawę, nie ma co ukrywać. Samolotów się nie boję, stan oderwania od ziemi uważam za bardzo przyjemny - tyle, że tym razem miało to trwać długo. Bardzo długo. Stanowczo zbyt długo.
Po wyściskaniu Lubego, zabrałam się razem z bratem na pokład.

Oprócz lekkiej nerwówki podczas przesiadki w Niemczech - i pewnego rozgardiaszu panującego na pokładzie z powodu obecności gromady dzieci (dziecko, które potrafi usiedzieć bez ruchu przez 10 godzin, z całą pewnością jest ciężko chore albo martwe) - lot minął bez większych komplikacji. Wymięci jak ściereczki ustawiliśmy się do odprawy celnej.
Wyobraźcie sobie kolejkę mniej więcej jak po autografy Neila Gaimana do każdego z kilkunastu okienek. Kolejkę, w której stoją zblazowani Anglicy, pijani w trzy dupy Norwegowie, nieco zrezygnowani Niemcy i całe stado Koreańczyków odstawionych jak na odpust. Pozostaje ich słodką tajemnicą, jakim cudem nie wyglądali na wymiętych.
Jedna z Azjatek, ubrana w mini, ze szpileczkami mierzącymi kilkanaście centymetrów i z różową kokardką we włosach (!) postawiła obok siebie jakąś klateczkę. Z początku myśleliśmy, że przywiozła królika (bez skojarzeń proszę), ale z klateczki wkrótce dobyło się piskliwe „Niaf! Niaf! Niaf!” i Azjatka wydobyła z zamknięcia puchatego, białego pieska rozmiarów mniej więcej świnki morskiej.

Nie wiem, czy celnicy do takich strzelają, czy tylko trzymają na kwarantannie.

Wbrew krążącym po kraju legendom, nikogo z granicy nie zawracają. Nawet trójka pijanych Norwegów dostała pieczątki, chociaż trzeba przyznać, że celnicy wyglądali na bliskich udzielenia im wilczego biletu. Ale w końcu przepuścili.

Ale głupi ci Amerykanie.

Powietrze w Los Angeles - suche jak pieprz. Włosy się elektryzują, jak u nas w zimie. Dookoła palmy, eukaliptusy, opuncje. Gdyby nie gigantyczny wodociąg obsługujący miasto, nic by tutaj nie wyrosło. Dookoła aglomeracji rozciąga się pustynia.
To się nazywa skuteczny terraforming...

Miasto śliczne, trochę nudnawe, ale słoneczne, szczęśliwe i zamożne. Nawet pracownicy w supermarketach są po amerykańsku wyluzowani. Grubi trochę, ale chyba szczęśliwi. Z segregacją rasową niby dawno skończono, ale i tak wszystkie zawody niskopłatne wykonują głównie kolorowi. Mniejszości narodowych od groma. Można się wyprowadzić z Polski, Chin, Iranu i nigdy nie stracić kontaktu z językiem.

Ciocia mieszka na uliczce, która odchodzi od Mulholland Drive (jak w tym filmie). Niedaleko Jacka Nicholsona i Lindy Evans (tej z Dynastii). To nie znaczy, że ciocia jest nababem, dzielnica składa się z dużej ilości domków klasy średniej i nielicznych willi z posiadłościami. Domki są wygodne, zbudowane z byle czego i nasuwają natychmiastowe skojarzenia z nadmorskim kurortem. Nawet wille wyglądają jak nieco większe domki letniskowe albo ośrodki. Mnóstwo terenu do biegania, niedaleko park narodowy.

A więc - wakacje. Yeah, cool.
Występują tutaj: kolibry, jaszczurki, grzechotniki, kojoty, jelenie, wiewiórki ziemne (jak Chip i Dale), sokoły, myszy i cała masa ludzi z psami.
Na widok jaszczurek bratu przypomniało się jego stare hobby. Czaił się z aparatem i fotografował malutkie agamy z nadzieją, że zauważy również grzechotnika. Ale było już popołudnie, węże zdążyły się schować.

Zaraz, bo piszę niechronologicznie. Najpierw było tak:
Zainstalowaliśmy się u cioci po kilkunastogodzinnej podróży w bezczasie. Faktycznie wystartowaliśmy z Munchen około południa, a na lotnisku znaleźliśmy się przed trzecią. Taki długi dzień potrafi zmęczyć, ale nie mogliśmy położyć się wcześniej spać, żeby dać radę się przestawić. Po przywitaniu się z ciocią, babcią i wujkiem dotrzymaliśmy mniej więcej do dziewiątej, a potem poszliśmy w kimę.
W domu mieszka młody doberman, z którym zawarłam niepisaną umowę - ja go ignoruję, a on ignoruje mnie. Chyba, że się zapomni. Ma irytującą skłonność do oblizywania cudzych łydek i podgryzania wszystkiego, co wpadnie mu pod pysk. Zdaje się, że ząbkuje.

Dzień drugi: muzeum. Willa Paula Getty’ego, kolekcja sztuki antycznej. No, w takim muzeum to bym chętnie sama zamieszkała. Domiszcze jest wzorowane na willi jakiegoś bogacza w Pompejach - sam ogród i wystrój robią większe wrażenie, niż antyczne figurki porozstawiane po gablotkach (wiecie, że te wszystkie białe rzeźby dla Greków wcale nie były białe, oni je malowali, tylko farbki starły się przez te kilka tysięcy lat).
Sam Paul Getty, to znaczy nabab, który urządzał to wszystko za pieniądze pozyskiwane min. od szejków arabskich, dawno nie żyje. Kolekcją zajmuje się fundacja. Druga część muzeum jest podobno ciekawsza, wiszą tam różne obrazy francuskie i tym podobne. Trzeba będzie zobaczyć.

Potem - plaża w Malibu. Morze! Piaseczek! Muszelki!
Znaczy muszelki przeważnie połamane, a piasek szarawy, za to skrzący się w słońcu - olbrzymia zawartość miki. W dodatku zobaczyliśmy delfiny. Znaczy się, delfinie grzbiety, bo w całości nie wynurzały się ponad powierzchnię wody. Ach, morze! Ach, jak bym jeszcze połaziła po plaży!
Babcia lepiej wprawiona w maszerowaniu niż my. Ja się zmęczyłam, babcia w żadnym wypadku...
Po południu spacerowaliśmy, a brat bezskutecznie szukał grzechotników. Mam nadzieję, że nie uda mu się żadnego znaleźć, bo zamiaru nie porzucił.

Dzień trzeci: żeglowanie po Pacyfiku. Widziałam fokę. Odkrycie: nie przepadam za żeglarstwem. Nie mam choroby morskiej, ale siedzenie na tyłku i patrzenie na wodę usypia - zwłaszcza, jeśli na nic się tam nie przydaję i robię za balast. Pewnie by mi się lepiej spodobało, gdybym prowadziła sama. Albo łowiła ryby. Albo coś.
Jakiś facet wypisał na niebie dymkiem, że kocha bliżej nieokreśloną Tracy. Życzę mu szczęścia.

Z wielkim bólem udało nam się kupić przejściówkę na europejskie kontakty, dzięki czemu dorwałam się wreszcie do własnego laptopa. Gdybyście kiedyś jechali do Stanów, zabierzcie przełączniki ze sobą, większość pracowników w sklepach z elektryką nie zrozumie, czego właściwie od nich chcecie.

Nie jechaliśmy przez Sunset Boulevard. Roboty drogowe.

 

19:01, notkostrony
Link Dodaj komentarz »