RSS
niedziela, 29 maja 2011
Z Wenus, z Marsa? Niepotrzebna wojna światów.

 Co jakiś czas tu i ówdzie w prasie powraca temat stary jak świat, to znaczy kwestia kobiet, mężczyzn i różnic między nimi. Zagadnienie, które interesuje istoty z gatunku homo sapiens mniej więcej od trzeciego roku życia, kiedy to dany osobnik odkrywa, że ma cipcię lub pisiorka i co więcej, nie wszyscy są obdarzeni tym samym asortymentem. Później do zestawu pierwszo- i drugorzędnych cech płciowych dochodzą cechy ustalone arbitralnie, czyli kod odzieżowy (różowy/niebieski), kod zabawkowy oraz inne kody, wchłaniane niejako przez skórę i mimo woli.

Siedziałam sobie kilka lat temu w pizzerii i czekałam na agentkę od funduszy inwestycyjnych (tak, mnie też udało się wtopić na kryzysie). Nieco znudzona, obserwowałam rodzinę obok. Tata w szerokim dresie, mama w szerokim dresie i przyjaciel rodziny z gładko ogoloną czaszką i pięknie rozrośniętym karkiem popijali pizzę piwem. Tuż obok bawiło się dziecko, dwu lub trzyletnie, w każdym razie ledwo mówiące. Miało do dyspozycji kilka ludzików, wóz policyjny oraz własną wyobraźnię.

Najpierw ludziki zaczęły wołać „Legia, Legia!”. Następnie jeden ludzik okazał się nie być z Warszawy, wskutek czego został spacyfikowany przez pozostałe. Na szczęście, policja była w okolicy. Nastąpiła szybka interwencja i wszystkie ludziki trafiły do ciupy.

Nie mam pojęcia, z której strony dziecko znało realia. Może oceniam pochopnie i tatuś z szerokim karkiem pracuje w policji lub w ochronie. W każdym razie ledwo mówiący kajtek już doskonale wiedział, gdzie marsza grają.

Nauka zaczyna się wcześnie, bo przecież już mały człowiek to zwierzę społeczne, a zestaw reguł, które musi przyswoić, jest ogromny. Do lat czterdziestych podział na różowe/niebieskie był dokładnie odwrotny. XVII wieczni Francuzi nosili rajtuzy i buty na obcasach. W czasach Szekspira kobiety nie mogły być aktorkami, toteż role żeńskie grali mężczyźni, zanim wysypał im się zarost. Zależnie od epoki, makijaż mógł być standardem dla obydwu płci lub ozdobą zarezerwowaną dla pań lekkiego prowadzenia. W Stanach Zjednoczonych piłka nożna jest całkiem popularna jako sport dla kobiet.

Nawet model rodziny nie wynika wprost z uwarunkowań biologicznych. Kiedy dziś myślimy o tzw. tradycyjnej rodzinie, mamy na myśli niepracującą matkę, pracującego ojca i kilkoro dzieci wychowywanych przez mamę. W rzeczywistości model, który uchodzi za tradycję, to rodzina atomowa z lat 50.

Sto lat wcześniej w Europie bogata rodzina tradycyjna wyglądała tak: tata pracuje, mama zarządza posiadłością, dzieci są wychowywane przez mamki, niańki, ciotki i babcie. Biedna natomiast tak: tata pracuje, mama pracuje, dzieci są wychowywane przez starsze rodzeństwo, bezdzietne ciotki oraz babcie. W rozmaitych plemionach myśliwych-zbieraczy dziecko po odrośnięciu od cyca jest wychowywane przez plemię. Miłość rodzicielska, tak jak miłość romantyczna, to wynalazek stosunkowo późny. Kobieta z wyższych sfer, która sama karmiła dziecko piersią, stanowiła cokolwiek szokujące zjawisko.

I żeby do końca zamieszać wam w głowach, wspomnę o badaniach psychologicznych, jakie przeprowadzono w związku z talentami matematycznymi dziewcząt. Otóż różnym grupom (o ile pamiętam, rzecz dotyczyła również grup etnicznych) dawano do rozwiązywania identyczne testy. Wcześniej jednak część z nich dostawała do przeczytania tekst, który podkreślał niezdolność ich płci/grupy do wykonywania takich zadań, taki, w którym po prostu przypominano ich przynależność do danej grupy/płci, albo tekst zupełnie neutralny.

Wyniki w trzeciej grupie były najwyższe - i nie różniły się w niczym od wyników białych chłopców.

Do czego zmierzam?

Ach, ty okropny lewaku - zakrzykną teraz niektórzy. To oczywiste! Chcesz udowodnić, że nie ma żadnych różnic między płciami, a przecież to nieprawda, bo coś tam i coś tam.

Ach, gdybyż to było znowu takie proste!

Biologicznym różnicom między płciami zaprzeczyć się nie da. Oprócz cech widocznych na pierwszy rzut oka, przynajmniej nago, istnieją i subtelniejsze detale. Nasza wrażliwość na leki i na ból jest inna, nasza długość życia i układ immunologiczny różnią się od siebie nawet w rozwiniętych społeczeństwach, gdzie faceci zbyt dużo nie piją i nie palą. Ba - nawet na Okinawie. Z pewnymi wyjątkami, lubimy mieć konkretną tożsamość płciową i okazywać ją w sposób akceptowany kulturowo. Dzieci zauważają to bardzo szybko i od razu uczą się konkretnych zachowań. Dla niektórych to najważniejsza część tożsamości w ogóle, inni definiują siebie przez wiele innych, niezależnych od płci cech.

Ale wykazywanie, że np. talent językowy, matematyczny lub zdolności do gotowania bezpośrednio zależą do poziomu hormonów i od cech biologicznych uważam za mocną przesadę. Liczebność populacji bocianów koreluje z liczbą urodzeń, a wzrost globalnej temperatury ze spadkiem ilości piratów. Korelacja nie jest związkiem przyczynowo-skutkowym. Można sobie biologizować od góry do dołu, tymczasem rozdzielenie natury od wychowania jest tak złożone, że badacze mają trudności z określeniem przyczyn zachorowania na rozmaite nowotwory (genetyka, żywienie, wirusy, wszystko naraz i w jakich proporcjach?), a co dopiero zachowania związanego z płcią. Proste analogie do świata zwierząt nie sprawdzają się w obliczu złożoności ludzkich społeczeństw.

W końcu nawet zakaz kanibalizmu jest uwarunkowany kulturowo.

Piszę tę notkę, susząc pięknie pomalowane paznokcie u stóp, grając w „go” i przymierzając się do poskładania prezentacji na przyszły czwartek. Moi drodzy, cieszmy się naszą płcią, korzystajmy z jej przywilejów, śmiejmy się z wmawianych nam ograniczeń. I na bogów, nie pozwalajmy się terroryzować stereotypom.

Przecież to takie nielogiczne.

19:37, notkostrony
Link Komentarze (2) »
środa, 18 maja 2011
O myszach i ludziach

Trafiłam ostatnio w metrze na plakat o funkcji społeczno-obywatelsko-wychowującej. Na plakacie widniało hasło „Przyjacielu, ustąp miejsca” oraz zgrabnie wykadrowane… cycki i brzuch ciężarnej. Ciężarna nie ma twarzy ani głowy; ba, nie ma nawet rąk. Prezentuje swoje atrybuty niczym neolityczna Wenus z Willendorfu, tyle że nie na golasa,  a w aseksualnym sweterku bordo.

W ciągu trzech lat mojego pobytu w instytucie obrodziło niemowlakami; tylko z osób, które znam, dochowały się potomstwa cztery panie doktor i jedna doktorantka. Zapewniam, że wszystkie posiadają zarówno głowę, jak i ręce; z obydwu tych darów natury korzystają nader chętnie i umiejętnie. Oczywiście, pięć osób to żadna statystyka, ale podejrzewam, że akurat tę można rozszerzyć na większą populację.  

Odbiorcę plakatu poprosiłabym zatem o proste ćwiczenie. W świecie rzeczywistym, gdzie metrem jeżdżą ludzie, a nie cycki z brzuchami, niech popatrzy w górę i zobaczy twarz. A najlepiej - niech spojrzy w oczy. Kontakt wzrokowy nie tylko pozwala odczytać intencje i uniknąć zawstydzającej pomyłki, gdy kobieta wcale nie jest ciężarna… Przede wszystkim sprawia, że widzimy drugiego człowieka, a nie mysz hodowlaną.

A wtedy jakoś tak raźniej się na duszy robi.

19:46, notkostrony
Link Dodaj komentarz »