RSS
środa, 26 października 2011
O fermentacji zacieru twórczego

Jest pewien problem z byciem publikującym autorem, nawet tak rzadko publikującym, jak ja.

Otóż wielu rzeczy nie wolno. Nie wolno na przykład pisać recenzji cudzych książek, żeby nikt nie poczuł się niezręcznie. Przynajmniej jeżeli jest się mną i można się samemu poczuć niezręcznie, bo zafundowało się takie uczucie komuś innemu. Nie wolno się publicznie na nikogo wściec czy też ponarzekać, bo pójdzie toto w sieć i nie zniknie, nawet jeżeli mi przejdzie. W ogóle trzeba cały czas gryźć się w palce. A także - ma to swoje złe, ale i dobre strony - nie wolno pisać wielu rzeczy, na które człowiek ma ochotę, bo trzeba pisać takie, na które jest deadline.

Początkujący autorzy są często przekonani, że pisanie czegokolwiek na zamówienie jest ordynarnym rzemiosłem, niewartą wzmianki zdradą weny.  Inni z kolei - z drugiej, przeciwstawnej szkoły - sądzą, że zamówione teksty dostarcza się tak, jak piekarz piecze bułki. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku. Otóż wbrew opcji pierwszej, opowiadania na zamówienie mogą dostarczyć autorowi całą masę rozrywki. Wbrew opcji drugiej, proces twórczy jest jednak dość tajemniczy i znacznie bardziej skomplikowany niż potocznie rozumiane lepienie garnków czy też pieczenie bułek. Rejony mózgu, których w tym celu używamy, przeważnie pracują nieświadomie. Istnieją takie badania na zawodowych muzykach - otóż podczas  najbardziej wirtuozerskich popisów używają oni zupełnie innych obszarów kory mózgowej, niż przy odtwarzaniu prostych gam. Obszarów, które nie mają wiele wspólnego z ośrodkami używanymi przez nas podczas świadomej kontroli (inhibicji) zachowania.

Można dorzucać pożywki i dopieszczać mózg na wiele różnych sposobów, ale proces i tak najskuteczniej zachodzi sam z siebie. Jeżeli już przypomina to jakiekolwiek rzemiosło, to raczej ogrodnictwo. Zasiejesz, pielęgnujesz i czekasz - wyrośnie albo nie, ptaki wyżrą nasiona, szkodniki pogryzą kłącza, spadnie deszcz, wróbelki z ogródka naprzeciwko zawloką chwasty i wyrośnie coś zupełnie innego (różnica polega na tym, że dziko wysiane pomysły bywają lepsze niż to, co sobie pierwotnie zamierzyliśmy). Przeważnie działa. Czasem z opóźnieniem.

W tekstach na zamówienie najfajniejsze jest to, że łamiemy rutynę. Wychodzimy ze swojej „strefy komfortu” i możemy napisać coś, do czego w innym wypadku nie chciałoby nam się zabrać. Bo nie potrafię pisać o miłości. Bo z horroru pamiętam głównie lata ’80. Bo trzeba zajrzeć do pożółkłych pergaminów, zrobić wykopki biblioteczne. Krótko mówiąc, trzeba się wysilić. I ten wysiłek, kiedy już go podejmujemy, okazuje się bardzo twórczy. Odkrywamy nieznaną część świata. Taka eksploracja bywa przemiła, odświeża i wywołuje stan błogości.

I tutaj właśnie zaczynają się schody. Otóż teksty płodzone drogą naturalną powstają na bazie starej, przetrawionej wiedzy. Źródła poznaliśmy przeważnie tak dawno temu, że zdążyły już się przegryźć, sfermentować i stać się częścią nas - nawet nie wiemy, skąd bierzemy cytaty. Siedzą w podświadomości i doskonale komponują się z procesem twórczym. Nie trzeba niczego dorzucać - paliwo już tam jest.

Tymczasem świeży materiał nie został jeszcze przetrawiony. Pamiętamy go doskonale, możemy go cytować i właśnie dlatego tak trudno nam zacząć pisać coś własnego i nie kopiować źródła. Ciężko skorzystać z podświadomości, kiedy cały potrzebny budulec nadal siedzi sobie w świadomości. Proces zapominania, mieszania i fermentacji faktów trwa długo.

Jak sobie w tym pomóc?

Są sposoby. Po pierwsze, zarzucić się źródłami. Im więcej, tym lepiej; po kilku-kilkunastu różnych tekstach zaczynamy je ze sobą mylić i o to właśnie chodzi. Po drugie, obejrzeć lub przeczytać coś całkowicie niezwiązanego z meritum sprawy. Przypadkowy obserwator może pomylić takie zachowanie z pospolitym opierniczaniem się, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby mózg wymieszał w tym samym tyglu diametralnie różniące się od siebie informacje (uważajcie na ryzyko faktycznego opierniczania się). Fermentacja twórcza jest niejako procesem płciowym, wymiana danych zajść musi. Po trzecie, zawalić się pracą. Najlepiej pracą zrywami, żeby zostało trochę miejsca na swobodne myślenie. Po czwarte, zafundować sobie wysiłek fizyczny, co jest już zupełnym ekwiwalentem dorzucania cukru do zacieru.

Potem można zacząć stosować klasyczne triki. Na przykład zahaczki. Kiedy utknę i nie potrafię dalej pójść z akapitem, wypisuję sobie słowa i pojęcia, jakie przychodzą mi do głowy w związku z daną sceną. Są dwie odmiany takiej sytuacji - wtedy, gdy mam trudności z wyobrażeniem sobie sceny - wtedy jedno pojęcie pociąga za sobą inne i dostaję obraz - oraz wtedy, gdy scena jest tak bogata i szczegółowa, że dosłownie brakuje mi słów. Wtedy wyciągam po jednym, spisuję listę, układam w zdania i jakoś ogarniam ten chaos. Druga sztuczka to słowotok, czyli wolne skojarzenia. Najlepiej sprawdza się w fazie koncepcyjnej. Jest tego więcej, znajdziecie w sieci pełno porad, z których 90% nie działa. Zwłaszcza te, które sprawdzają się do mobilizowania świadomej części waszego umysłu, bo tak to można sobie napisać protokół laboratoryjny, a nie opowiadanie.

Czasami nie ma rady - pomysł trzeba po prostu wysiedzieć.

22:52, notkostrony
Link Dodaj komentarz »