RSS
piątek, 05 marca 2010
Drobiazgi i napomnkięcia

Jest piątek, więc dopisuję piosenki do "Mandali", idzie jako tako, ale idzie. Zastrzegam od razu, że nie napinam się na Szymborską, w ogóle nie jestem poetką, tego by jeszcze tylko brakowało. Płodozmian wywołuje pozytywne sprzężenie zwrotne, ale jakbym się musiała zacząć, o zgrozo, starać jeszcze w trzeciej dziedzinie, to by się skończyło czymś niedobrym.

Jeżeli w Mieście Magów cokolwiek się rymuje, z reguły pełni konkretną funkcję. Piosenki mają przekonująco udawać rock i co bardziej muzykalnym wywoływać w głowie melodie. I to naprawdę nie musi być wysoka poezja. Niedowiarkom polecam autentyczne piosenki rockowe.

Co do przeciwników i zwolenników teorii o globalnym ociepleniu i jego przyczynach, dziękuję wszystkim za linki do merytorycznych argumentów. Poglądy na świat muszą być oparte na solidnie udokumentowanych podstawach, a nie przyjmowane w pakietach promocyjnych od polityków czy kogokolwiek, kto ładnie mówi. Nie kupuję spiskowej teorii dziejów - ostrożnie podchodzę też do afer i plotek, bo możliwość kreacji rzeczywistości jest tu olbrzymia - ale wykresy i dane to zawsze chętnie.

Co z tego wyniknie, jeszcze nie wiem.

No i tyle.

23:18, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 lutego 2010
Jak nie kupiłam gruszki nashi, przegapiłam huragan i co z tego wynika

Ocieplenie klimatu jest ostatnio gorącym (sic!) tematem, chociaż może się mylę - w końcu żywot spraw ważnych, sprowadzonych do pozycji newsa, liczy się w dniach, a może i godzinach.

Jak zwykle w takich wypadkach łudzę się idealistycznie, że na łamach krajowej prasy wyniknie jakaś rozsądna dyskusja, połączona z wymianą logicznych argumentów. Nie jestem klimatologiem, toteż tym bardziej chętnie poczytałabym co i jak. Gdzie się ociepla, co się ociepla, jak się zmienia i co do tego ma człowiek. Czuję się osobiście zainteresowana, bo jak zwykle w zagadnieniach okołoekologicznych mam wrażenie, że w razie czego Ziemia sobie poradzi, to tylko ludzkość szlag trafi.

Zamiast tego powstrzymuję cisnące się na usta epitety, gdy kolejny osobnik, który nie przeczytał w życiu ani jednej publikacji, stwierdza radośnie, że klimat się nie ociepla, no bo przecie, panie, spadł śnieg.

A naukowcy i tak się nie znają, bo im za badania, o zgrozo, płacą.

Na takie dictum można odpowiedzieć tylko anegdotą.

Lubię egzotyczne luksusy. Przy moim stanie majątkowym wakacje na Malediwach raczej nie wchodzą w grę, ale od czego jest wyobraźnia i dobrze wyposażony supermarket. Miałam ostatnio wielką ochotę na gruszkę nashi. Pyrus pyrifolia, inaczej gruszka piaskowa, egzotyczne, słodkie, żółte i ładnie pachnie.

Przyuważyłam w kontenerku ciemnożółte obiekty odpowiedniej wielkości, zawinięte w biały ochronny plastik. Wielkość się zgadzała. Zapach takoż. Kolor nieco ciemniejszy, ale przecież odmiany bywają różne. A ja strasznie chciałam tę gruszkę nashi. Wzięłam dwie, w dobrej wierze poinformowałam równie zorientowaną panią przy kasie, że to to.

Dopiero w domu zauważyłam, że owszem, żółte i w cętki, ale szypułka wygląda inaczej, a całość w ogóle jest dziwnie lekka. Umyłam, nadgryzłam… i zdębiałam. Skórka nie była w ogóle skórką, tylko skorupką, w środku znajdowało się coś szarofioletowego, podobnego do pajęczego kokonu wypełnionego skrzekiem i pachniało perfumą.

Chwila szybkiego guglania i już wiem, że nie kupiłam wcale nashi, tylko passiflorę. Którą zresztą znam z zaczytanej na śmierć książki Pieniążków, tyle że tam nie ma kolorów na zdjęciach, zresztą to by niewiele pomogło, bo akurat passiflora faktycznie bywa różna.

A w tak przejrzałym stanie w jakim ją kupiłam, mimo przerażającego wyglądu, jest bardzo słodka i smaczna.

Niemniej w kategoriach botanicznych popełniłam pomyłkę na poziomie wzięcia owczarka za owcę. Ale to jeszcze nie jest szczyt moich - ludzkich - możliwości.

Na stypendium we Francji mieszkałam w akademiku, pozbawiona radia, telewizji i Internetu. Późną jesienią popsuła się piękna śródziemnomorska pogoda i zaczęło lać. Obudziłam się rano, a tutaj pioruny walą w najlepsze, oberwanie chmury, no pięknie. Ale do labu trzeba iść. Pogoda to bardzo głupia wymówka.

Wychodzę z akademików, a przy ulicy kałuża po kolana. No super. Czyli nawet burze we Francji mają po byku, pomyślałam chmurnie. Przemokłam już do cna, ale nic to, idę dalej. Widziałby kto, żeby nie iść do labu z powodu pogody.

Droga do Instytutu prowadzi przez uniwerek. Rzeki wody płyną ulicą, ale nie takie rzeczy widywałam podczas porządnego oberwania chmury w Warszawie. Idę pod osłonami przeciwsłonecznymi i jakoś rzuca mi się w oczy, że kurczę, wszędzie cicho. Już mi zagrało, że coś nie halo, ale pierwsze skojarzenie - święto jakieś?

Dotarłam w końcu do Instytutu, przemoczona od góry i od dołu. A tam dowiaduję się, że:

- jest huragan

- w mieście ogłoszono czerwony alarm przeciwpowodziowy

- uniwerek jest zamknięty

- Instytut chodzi na awaryjnym zasilaniu

- wszystkie stacje nadają relację z widokiem na zalane centrum miasta

- a ja przegapiłam powódź, bo nie mam telewizji, radia i Internetu, a akademiki razem z kampusem stoją na górce.

Teraz czytelnik, o ile się nie zgubił, chciałby wiedzieć jakie zajmuję stanowisko w sprawie ocieplenia, bo jakże można tak tkwić w stanie nieznośnego niezdecydowania. Podobno od braku jasno nakreślonych granic upadają nasze systemy wartości, a od tego już tylko krok do strzelania na ulicach, słuchania disco-polo, ścisłego weganizmu i zbiorowych orgii.

Otóż wiem tyle, że nic nie wiem. Nie jestem klimatologiem, nie znam tych ludzi, nie chodziłam po ich laboratoriach. Mogę tylko śledzić najbardziej bezstronne materiały, jakie potrafię znaleźć.

I najmądrzejsza rzecz jaką potrafię zrobić, to zgodzić się z konsensusem. A konsensus jest taki, że się ociepla i że przez człowieka. Dowody są całkiem przekonujące. I to, że się jakaś grupa rypnęła w statystykach jeszcze konsensusu nie zmienia.

A gdyby kiedykolwiek przyszło go zmienić - trudno.

Doświadczenie wykazuje, że kiedy ktoś jest nadmiernie pewny swoich racji, bardzo czegoś chce i nawet nie rozpatruje innych możliwości, może zobaczyć nashi w passiflorze, a nawet frontalnie wleźć w huragan.

Ale wiadomo, że „tym naukowcom” to nie wolno ufać, bo są wredne, chciwe i złośliwe. Dać im wolną rękę, a dostaną fiksum dyrdum, porobią Frankensteiny i dopiero będzie burdel.

Zgroza, panie, zgroza!

I spisek.

poniedziałek, 18 stycznia 2010
F***ck, I wrote that book!

No to skończyłam.

Nie molestować wydawnictwa, jeszcze nie widział tego żaden redaktor, Plany Wydawnicze są mi nieznane.

Teraz przerwa. A później...

Najgorzej to naobiecywać, naobiecywać i nie móc się wywiązać, więc na razie niczego nie obiecuję :)

13:39, notkostrony
Link Komentarze (1) »
piątek, 15 stycznia 2010
Czesi lubią miejskie fantasy...

... i dlatego "Dom Wschodzącego Słońca" jest już w zapowiedziach w wydawnictwie Brokilon.

http://www.brokilon.cz/cs/articles/55/aleksandra-januszova-dum-vychazejiciho-slunce

Rrrright. A ja kończę swoje...

21:15, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 stycznia 2010
Wierszyk o biedronkach

Tysiąc biedronek przez morze frunie;
Każda biedaczka drobi jak umie.
Jedna za gruba i nie poleci;
Inną za wydmą schwytają dzieci;

Kolejną połknie zgłodniała mewa
(Choć cierpkie toto i zjeść się nie da)
Nieważne jednak, co będzie potem,
Póki się można upajać lotem.

Kiedy cię niesie ciepłe powietrze;
Nawet biedronka czuje się wieszczem.
Kiedy się walczy z prądem odwrotnym;
Trzeba być silnym, trzeba być lotnym.

Czasem huragan wkroczy z przytupem;
Wtedy biedronki padają trupem.
Tornado zawsze zbiera plon liczny,
Gdyż powab lotu jest narkotyczny.

A może kiedyś znajdą nad ranem
Złote przestrzenie łąk obiecanych?
Będą codziennie jeść tłuste mszyce;
A to doprawdy wspaniałe życie!
...
Tysiąc biedronek frunie przez morze
I każdy owad drobi jak może.

13:54, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 grudnia 2009
Wodny świat większy niż Ziemia (prosto z Nature)

Leciałam na bieżąco, trochę kulawe:

Wodny świat większy niż Ziemia

Kolejny wielki krok naprzód w poszukiwaniu planet ziemiopodobnych. Odkryto planetę zaledwie 2,7 raza większą niż ziemia, a jej masa i rozmiar zgadzają się z teoretycznymi modelami dla super-Ziemi bogatej w wodę.

Publikacja, która pojawiła się dzisiaj w tygodniku Nature autorstwa Charbonneau i wsp., opisuje planetę orbitującą wokół gwiazdy GJ 1214, odległej od nas o 13 parseków. Według wstępnych oszacowan, promień planety wynosi ok. 2,7 promienia Ziemi, a jej masa – 6,6 masy ziemskiej. Niską gęstość planety (1,9 g/cm2, w porównaniu do ziemskiej – 5,5 g/cm2) wskazuje, że składa się ona z mieszaniny wody i skał.

Teoretyczne przewidywania wskazują, że temperatura na powierzchni planety, prawdopodobnie gęstej atmosfery z mieszanki wodoru i helu, wynosi ok. 190 stopni Celsjusza, a znajdująca się w głębi woda może być płynna. Mozliwa jest także atmosfera podobna do sauny, składająca się z pary wodnej, z niską fotolityczną i hydrodynamiczną stratą atmosfery powodowaną przez promienie UV.

Czy na tej planecie istnieje dość materii w stanie stałym, aby umożliwić tworzenie bogatych w związki organiczne jezior i oceanów? Ziemia składa się głównie z krzemianów i żelaza, a woda stanowi jedynie 0,06% jej masy – podczas gdy nowo odkryta planeta może zawierać nawet do 50% wody. Nie wiemy, jak gruba jest atmosfera złożona z wodoru i helu, co może istotnie zmieniać gęstość planety. Środowisko, w jakim powstała, wyklucza jednak zaistnienie globu składającego się tylko z żelaza, wodoru i helu. Jakakolwiek planeta, która zawiera te pierwiastki musi posiadać odpowiednio duże zasoby wody.

Nowo odkryta planeta zapewne nie jest więc bliskim krewnym naszej Ziemi, chociaż przypomina ją pod względem rozmiarów.

Mimo to jest to największy jak do tej pory ścisły dowód na istnienie planet podobnych do naszej!

Czy mogłoby tam zaistnieć życie?
To już na razie domena fantastyki ;-)

11:26, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 października 2009
Filozoficznie o publikacjach, recenzjach i średniowiecznych mnichach

Zaczęłam przedostatni rozdział i w związku z tym dopadają mnie różne przemyślenia filozoficzne. Na przykład: dlaczego naukowcy i inni twórcy zarabiają tak mało, a marketingowcy tak dużo? Ponieważ trzeba płacić ludziom ogromne pieniądze, żeby zgodzili się wykonywać tak nudną pracę.

W labie moja teza filozoficzna spotkała się z dość zdziwionymi spojrzeniami. Jak powszechnie wiadomo, co pięknie zgadza się w teorii, nie zawsze musi sprawdzać się w praktyce.

Inne przemyślenia kręcą się wokół publikacji. Głównie literackich. Mój stosunek do publikowania opowiadań i powieści zawsze był dwojaki. Z jednej strony, łaknę ich jak kania dżdżu. Książka napisana, a nieprzeczytana istnieje tylko w połowie. Publikując teksty literackie, zwłaszcza w druku, mam też poczucie dobrze wykonanej roboty i nieco wznioślejsze wrażenie, że właśnie rozszerzyłam świat, że wybudowałam coś kompletnego, dotknęłam boskiego aktu stworzenia. Nie bez znaczenia jest także to, że wpada parę złotych, jednak należy w tej motywacji uwzględnić wyżej wymienioną tezę filozoficzną.

Z drugiej strony, publikacja bywa dla mnie doświadczeniem traumatycznym. Nawet nie mam na myśli recenzji, wokół których toczy się ostatnio w fandomie wielka dyskusja. Recenzent też człowiek, zazwyczaj student, sama pisałam recenzje i mam na koncie swój katalog byków i uchybień. Tylko dlatego nie obrywałam za dużo po uszach, że autorzy filmów anime przeważnie nie czytają po polsku i w kwestiach zaczepno-obronnych są skazani na fanów. Odnoszę po prostu wrażenie, że dawno, dawno temu - gdzieś w okolicach Renesansu - zgubił się sens publikowania i wystawiania dzieł twórczych. Średniowieczni mnisi, wszyscy anonimowi i w związku z tym pozbawieni zbędnych pragnień i bólów jakie wywołuje oddźwięk, byli chyba w tej anonimowości znacznie mądrzejsi. Autoprezentacja nie miała znaczenia - chodziło tylko i wyłącznie o rozszerzanie świata.

I chociaż mam osobowość na wskroś współczesną, pożądam rozgłosu, udzielam się na blogach, wołam „tu jestem!”, latam i gadam jak nie przymierzając osioł ze Shreka, czasem zazdroszczę mnichom, dla których dzieło było ważniejsze niż autor, kwestie finansowe nie istniały, a jedyne co się liczylo to kontemplacja.

Z tym, że oni zasadniczo musieli tworzyć na jeden temat. A mnie, ogólnie rzecz biorąc wszystko, albo prawie wszystko wolno.

13:35, notkostrony
Link Komentarze (3) »
czwartek, 29 października 2009
Jesienne porządki

Posprzątałam trochę w Sieci, to znaczy podłączyłam do oficjalnego bloga wszystkie moje strony i blogi, jakie rozpączkowały się w Internecie. Nie pytajcie, dlaczego mam cztery blogi, bo nie wiem. Prawdopodobnie po jednym na kończynę.

Przy okazji załączam też galerię obrazów olejnych Marii Janusz - mojej genialnej rodzicielki o wielkiej twórczej wyobraźni - a także stronę amatorskiej grupy dziennikarskiej - pyta.pl, gdzie udziela się mój brat Mikołaj. Tak, to ci którzy kręcą te filmiki. Trochę śmieszne, trochę straszne (bez urazy, bracie ;-)).

Enjoy.

21:28, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 października 2009
Postępy i podstępy

Ludzie się pytają, co z książką, więc spieszę nadmienić, że założony plan działa - jedyny obsuw, a i to niedługi, wystąpił z racji stypendium zagranicznego, jakie nieoczekiwanie dostałam. Ze stypendium już wróciłam i piszę dalej. Mandala jest w fazie zaawansowanej, powoli przechodzę do grande finale. Pisze się szybko i dobrze. Los ostatnio zmęczył się kopniakami w mój zadek, odpukać, niechże trwa stan ten błogi.

Koniec książki przypadnie na środek/koniec jesieni. Kiedy już to nastąpi, mam napisać trzeci tom - termin lato 2010 nadal aktualny. I wtedy wszystko hurtem pójdzie do redakcji. Proszę o nie rzucanie niczym we mnie ani w wydawców, oni wiedzą co robią, a ja zgadzam się na to i robię swoje.

A potem napiszę prostą książkę. Jakąś taką z jednym bohaterem głównym. Może nawet z narracją pierwszoosobową. Przyda się trochę odsapnąć po tej mojej menażerii. A co.

21:34, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 lipca 2009
Nekrokucyki

Gdzie kwitną maki i rzeczka płynie,
Trochę bluźnierczo i wbrew rutynie,
Wręcz urągając prawom logiki,
Galopowały nekrokucyki.

Złote kopytka w słońcu migocą.
Złote kokardki w biegu furkocą,
Różki perłowe sterczą na głowie,
Dwa żywe trupy. Cóż, że różowe.

Grzechocą kostki, a rzeczka płynie;
Miłość po śmierci. Cud w formalinie.
Tu miał być morał, lecz nie pamiętam;
Gdzie truchta kucyk, tam ginie puenta.

20:25, notkostrony
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6