RSS
niedziela, 12 lipca 2009
Niech żyją lata osiemdziesiąte...

Myślałam, że ominę kolejną popkulturową hucpę, czyli śmierć Michaela Jacksona.  Ale oczywiście owczym pędem zajrzałam do starych teledysków - oczywiście tych, kiedy jeszcze był TYM Jacksonem. I znalazłam coś takiego…

Liberian Girl - przegląd gwiazd '80

Niesamowicie to się teraz ogląda, znaczy w kontekście.

Wzdech. The eighties are gone. Long live the eighties.

Teenage mutant ninja… przepraszam. Niestety, nie ta bajka…

00:01, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lipca 2009
Miau!

Okociłam się, chociaż jeszcze miesiąc temu byłam przekonana, że na kota namówić się nie dam. Lokatorka spadła mi na głowę niespodziewanie. Przez trzy lata żyła sobie w zwierzętarni naszego instytutu jako zwierzę doświadczalne in spe, jakimś łutem szczęścia unikając losu mózgu w słoiku. Została ulubienicą technika - opiekuna i laborantek i chociaż siedziała w ciasnocie, nic jej nie groziło - nie nadawała się na eksperyment, bo nie urosła duża…

Aż w końcu ktoś postanowił wykorzystać kotkę do grupy kontrolnej. Aby do tego nie dopuścić, zorganizowano akcję ratowania małej, a frajerką adopcyjną okazałam się ja...

Mam więc w domu trzyletnią, smoliście czarną, chudą jak szczurek i małą jak półroczny kociak (wygląda na dorosłą, tyle że kurdupel - po przełożeniu na ludzkie wymiary byłaby jeszcze mniejsza ode mnie) Galileę. Zadziwiająco szybko nauczyła się mieszkaniowej rzeczywistości i darcia ryja w celu uzyskania tuńczyka. Jest niesterylizowana i nie daje mi spać, ale to się niedługo skończy. Wycięcie żeńskich organów i tak będzie dla niej lepsze niż ucięcie głowy.

Zresztą jakaś taka dziwnie grzeczna. Może się czai.

Nadal mam alergię na koty, ale na nią nie. Zważywszy dotychczasowe doświadczenia zaczynam podejrzewać, że uczulają mnie tylko kocury, i to niekastrowane, co może bawić i nasuwać jakieś freudowskie podteksty, ale jest możliwe.

Co śmieszne, wcześniej (chronologicznie) podczas pisania Mandali pojawił się kot w książce. Prorok jaki, czy co… Chwalę sobie to wcześniejsze poszukiwanie kocich informacji, bo przydadzą się podczas hodowania małej.

19:41, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 maja 2009
Trinaste stoleti jak za dawnych lat, albo i lepiej
W sobotę w No Mercy grało XIII Stoleti, czeski zespół gotycko-rockowy. Myślę, że warto wspomnieć, bo to jedna z kapel, które towarzyszyły powstawaniu miasta Farewell, dawno, dawno temu, kiedy byłam młoda i... no, nadal jestem piękna, więc nie trzeba kończyć :). Klub upchany jak puszka sardynek, temperatura rodem z Doliny Śmierci, wypociłam chyba równo dwa litry wody, pół godziny czekaliśmy na otwarcie, ale opłaciło się. Powiem szczerze: Trinaste wrócili w wielkim stylu. Mają nowego basistę, co warto zaznaczyć - chłopak ciacho. Nowa dziewczyna od klawiszy chyba też, ale się nie znam. Ale to tak na marginesie, bo muzyka takoż very ok, nowe kawałki chwytliwe i w dobrym stylu, tekstów nie do końca rozumiem, muszę sobie kupić album. Trzeba chłopaków (i dziewczynę) wspierać, ciężki rock w naszej części Europy to przedsięwzięcie charytatywne.

Posłuchałam, poskakałam, cofnęłam się w czasie o.... kilka dobrych lat. Jak to dobrze, że znowu grają. Pobudza wyobraźnię. :)

21:23, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 maja 2009
Celujący, jak to pięknie brzmi

Swego czasu uczestniczyłam w studium pomagisterskim pt. "Laboratorium Reportażu". Uzyskałam absolutorium, a potem w nieskończoność bujałam się z pracą dyplomową, mniej więcej z tych samych powodów, co z Mandalą. Jakiś czas temu praca została złożona (jej by-produktem okazała się nowela pt "Eter", która błąka się w tej chwili po obcych wydawnictwach specjalizujących się w mainstreamie), a dziś się obroniłam i to na piątkę z wykrzyknikiem.

Nie oblewałam ani nie świętowałam, bo mam masę roboty i tak naprawdę nie wiem, kiedy, ale mogę się chyba pochwalić.

Moi recenzenci: Marek Nowakowski (opiekun pracy dyplomowej) i Piotr Wojciechowski. Dwaj bardzo różni ludzie i bardzo różni pisarze, a jak wiadomo, w różnorodności tkwi siła. Serdecznie dziękuję :)

Dopadłam tanie wydanie Czarnoksiężnika z Archipelagu Le Guin, powtarzam sobie i pomrukuję radośnie. Jeżeli tylko Empik sprowadzi mi nową trylogię Mistrzyni, będzie pełnia szczęścia.

20:10, notkostrony
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 kwietnia 2009
Baśń o Księżycowym Kocie i nie tylko

Chodzi za mną taka refleksja, że z wiekiem stajemy się okropni. Zaczynają nas dzielić sprawy "dorosłych", problemy, które kiedyś nie obchodziły nas więcej niż zeszłoroczny śnieg. Zawiedzione marzenia, bolesne historie. Naprawdę tęsknię do czasów, kiedy się nie przejmowaliśmy, kto ile zarabia, kto opublikował, kto ma dzieci, kto jest religijny i kto na co głosuje. Zaprawdę powiadam wam: wszystko to marność nad marnościami. Tak naprawdę liczą się tylko ciasteczka, herbata, stosy książek i miękka trawa pod stopami. Bazy i bandy. Jeżeli się sprzeczać, to szczerze, gwałtownie i tylko przez kwadrans. Cała reszta to trucizna.

A poniżej wiersz - ten sam, co na polterze. EDIT: To jest, oczywiście, ku czci K.I.G, szalonego geniusza lub genialnego wariata, bo nie wszyscy się orientują :)

Baśń o Księżycowym Kocie

Księżycowy Kot srebrzysty miał grzbiet,
I cały zrobiony był z wierzby.
Zamieszkał w nim duch, co znał cenę snów
Lecz zgubił gdzieś swój Mały Księżyc.
Tak długo się błąkał w piekielnych przedsionkach,
Aż wreszcie powrócił z zaświatów
By wcielić się znów, choć rzeźbom brak słów,
W figurkę. -- Z antykwariatu.

Księżycowy Kot zuchwały miał plan,
By zasnuć snem świat, charakternik,
Nieświadom, że raz przeminął już czas
Iluzji, gżegżółek, kłamstw srebrnych.
Zaglądał przez okna, by ludzi napotkać
Lecz znalazł wyłącznie ślimaki
Wpatrzone we mgłę płynącą za szkłem
Wpychały tłuczone ziemniaki.

Księżycowy Kot utonął we łzach...
Figurkę zaś zjadły korniki
Skruszyła się w pył i zniknął jak żył,
A razem z nim
zaklęty dym
alfabet gwiazd
skradziony czas
i pieśni dla Eurydyki.

12:53, notkostrony
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 marca 2009
Bo naukowcy powiedzieli

Koleżanka, też kobita, kłóciła się ze mną swego czasu o uzdolnienia damskie w zakresie prowadzenia samochodu. Ściąć jej na dzień dobry własnym kontrprzykładem nie mogę, bo nie jeżdżę. Moje racjonalne wyjaśnienia, tak jak istnienie szklanego sufitu wśród kierowców rajdowych, aktywne jeszcze w pokoleniu naszych rodziców zjawisko „w rodzinie to facet jest kierowcą”, które skutecznie uniemożliwiało trening motoryzacyjny naszym mamom; to że nasiąknięci stereotypem, prędzej zwrócimy uwagę na źle jeżdżącą kobietę niż mężczyznę i wreszcie, że jakiekolwiek wrodzone różnice tak się nakładają na trening środowiskowy, że trudno wnioskować cokolwiek, komentowane są ostatecznym, koronnym argumentem: ale naukowcy tak powiedzieli.

Oczywiście, bardzo chętnie przeczytałabym papier kolegów po fachu – pytam więc, gdzie to znalazła? Od popularnego artykułu mogłabym przejść do źródła; jak dobierali grupy kontrolne? Jaka statystyka? Jaki model badawczy? Jak rozwiązano problem uwarunkowań psychologiczno-środowiskowych, skoro nawet koleżanka nie ośmiela się głosić wyższości własnej płci? Czy to się, krótko mówiąc, trzymało kupy? Przecież to bardzo kontrowersyjny temat, wystarczy przejrzeć ostatnie Nature, gdzie trwa dyskusja o badaniach różnic związanych z rasą i płcią.

No nie, koleżanka nie wie. Nie pamięta, gdzie czytała, ale na pewno gdzieś był taki artykuł. No bo, chyba chodziło o refleks albo coś tam, a nie o jazdę samochodem jako taką.

No, ale naukowcy tak powiedzieli.

Naukowcy powiedzieli.

Zaczynają się wiadomości w radiu (telewizję zgubiłam wskutek wyprowadzki od rodziców i jeszcze nie zauważyłam braku) i wielka informacja: naukowcy odkryli. Jeszcze pół biedy, że dziennikarz nie rozumie, o co chodzi i cytuje streszczenie z niusa z Nature. Dla niego – i dla słuchacza – odkrycia nie dokonali profesor Pipsztycka et al., ani doktor Kowalski ze Stanfordu. Naukowcy, znaczy wielka anonimowa masa szarych komórek, bez nazwiska i cech indywidualnych, jak poglądy polityczne, otwartość umysłu, mniejsza lub większa chciwość i uczciwość. Za to niewątpliwie bardzo, ale to bardzo mądra. Tak mądra, że nie warto się nawet wysilać i dowiadywać, jak to wygląda w szczegółach.

Naukowcy odkryli.

I zaraz będziemy leczyć raka.

Teraz dochodzimy do clue programu. Naukowcy jeszcze nie wyleczyli raka, chociaż dziennikarze ciągle obiecują. Jakiś doktor Bing-bong popełnił fałszerstwo naukowe, co jednak można zrzucić na karb jego azjatyckiego pochodzenia, bo jak wiadomo Koreańczyk to nie to samo, co uczciwy, dobry Amerykanin prosto z Hollywood.

Ale - o zgrozo! To nie koniec. Otóż naukowcy się kłócą. Profesor Bździdełko twierdzi, że zielone badziołki ewoluują wzdłuż, a profesor Męczybuła uważa, że raczej w poprzek. Publika stwierdza: jak tak, to pewnie jakieś oszukaństwo i ewolucji w ogóle nie ma. Pójdziemy do kreacjonistów. Oni przynajmniej są pewni, że to Bóg.

I przekonywać ich teraz, że nauka polega na mozolnym wykuwaniu wiedzy z niewiedzy, ciągłym kwestionowaniu tej pierwszej i konstruktywnym wykorzystywaniu tej ostatniej (to nie pomyłka – tylko dobre pytania gwarantują przyzwoitą odpowiedź). Publika nie potrzebuje wiedzy, tylko wiary. Skoro Autorytet ma jakiekolwiek wątpliwości, nie jest autorytetem.

Monolit pod nazwą Naukowcy schizofrenicznie rozszczepia się na pojedyncze głosy, co znaczy, że nic nie jest w życiu pewne poza śmiercią i podatkami.

O rety, skoro tak, to jak żyć?

Naukowcy nie wiedzą, ale mają ochotę na herbatę i batonik.

17:51, notkostrony
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 marca 2009

Pracowity dzień. Mam co prawda urlop, dzięki czemu oczywiście nie tylko odhaczyłam sporo zaległej pracy w innych dziedzinach życiowych, ale także trochę popisałam. Żal mi porucznika Dennisona, ale jego los był przesądzony już przed akcją tomu pierwszego - teraz to tylko retrospekcje. Za bardzo się przyzwyczajam do bohaterów, trudno im potem permanentnie zrobić krzywdę. Inna postać dokopała fabule tak, że kilka wątków uciekło w popłochu. Podejrzewałam, że tak się stanie, ale obserwowanie jej w akcji nadal wzbudza złośliwy chichot autorski. Gdzieś na wyższych poziomach splata się nadrzędny sens opowieści. Robi się interesująco.


A teraz dalsze rewelacje z cyklu „czego ludzie szukają w sieci i trafiają na mnie”.


Wapno gaszone wpadło mi do oka co robić? - O rany! Nie grzebać po Internecie, tylko dzwonić na pogotowie!*
Szare mydło na przeczyszczenie - są takie tabletki ziołowe, chyba znacznie smaczniejsze...
Karbid ugasimy wodą - nie. Szczerze zapewniam, że nie.
Destylacja bimbru wybuchające roztwory - jak widać, niektóre zainteresowania internautów są niezmienne.
Poza tym powoli zdobywam pewność, że literacka wprawka o jeziorze Lelek służy powszechnie jako instruktaż kłusowania na węgorze.


Odkładana od półtora roku praca dyplomowa trafiła na uczelnię. Składa się z trzech starych opowiadań, jednego stosunkowo nowego eseju o Parandowskim i uczyni ze mnie, żeby było śmiesznie, dyplomowaną dziennikarkę.
Na razie lab wydaje się znacznie bardziej atrakcyjny.


Aspirujący autorzy - „Alchemia słowa” Parandowskiego - obowiązkowo.


* instruktaż pierwszej pomocy mówi, że trzeba wyjąć to, co się da wyjąć, ale nie grzebać szczególnie i płukać 15-20 min wodą, z odwiniętymi powiekami, jak przy każdym oparzeniu chemicznym. Mam nadzieję, że chodziło tylko o naukę do klasówki, ale i tak ścierpłam...

16:38, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 marca 2009
Rzeczy o rzeczach, czyli brak pomysłu na tytuł

Hellou hellou...

Postanowiłam zmienić na tym blogu opcję komentarzy na dostępną dla wszystkich, jakoś nie mam rzesz fanów przed którymi muszę się opędzać, tylko paru cierpliwych Czytelników, nie posiadających konta na gazecie.pl. Pewnie zrobiłabym to już dawno, ale nie zauważyłam, że można. Trzeba za to wpisać kod z obrazka, ale z tym akurat jestem pewna, że Czytelnicy sobie poradzą.

Bez żadnego konkretnego powodu, bo już dawno nie było recenzji, co dziwnym nie jest, chciałam dziś szumnie oznajmić, że autor też człowiek, nie musi być ani ikoną spokoju, ani oazą mądrości i nawet przygotowałam sobie odpowiednią przemowę, w której przypominałam, że jestem z natury krewka, lubię mówić, co mam na myśli i cały ten autorski interes wymaga ode mnie wielkiego opanowania, bo np. negatywne recenzje wkurzają, a negatywne głupie wywołują chęć gotowania krytyka na wolnym ogniu w kwasie solnym. My tylko udajemy, że jesteśmy tacy zen. Naprawdę.

Reszty przemowy niestety nie pamiętam. Tok myślenia przerwał mi artykuł o chorobie Alzheimera.

Tj., to wbrew pozorom ma sens, prócz humorystycznego. Autorką raczej bywam niż jestem. Mój właściwy zawód to biolog, a ściślej mówiąc, neurobiolog molekularny, na razie początkujący, ale lepsze to niż nic. Publikacje naukowe to chleb powszedni. Czytanie, a nie pisanie...(na razie?) A tymczasem w zeszłym tygodniu wyskoczyły dwie przełomowe prace o Alzheimerze, to znaczy że dwie to wierzę szefowi, bo nie mogę się dorwać do jednej z nich.

Jeżeli chcecie linka, to jeden jest tutaj: "Harmless" prion protein linked to Alzheimer disease, w Nature ma się rozumieć (jeśli chcecie przeczytać, załóżcie sobie konto, newsy są darmo, a jaka radocha, wypas i szpan czytać Nature). Zapewne Wyborcza już o tym trąbi, bo polskie gazety głównie przedrukowują newsy z Nature, jeżeli czasem streszczą pełną publikację to jest święto - i ja bardzo lubię te działy naukowe, ale bardzo proszę szanownych dziennikarzy o więcej informacji z naszego krajowego poletka, zbieranych własnym przemysłem. Nawet jeżeli trudno i boli.

W każdym razie na pewno o tym trąbi, ale pewnie nie mówi, że to przełom.

Otóż, jak wiemy, w mózgu występują białka zwane prionami. Forma PrPc jest fizjologicznie normalna i nieinfekcyjna; PrPSc natomiast jest nieprawidłowo ukształtowana, przekształca normalne priony na sobie podobne i powoduje chorobę Creutzfelda-Jakoba. Od czego te priony są w normalnych warunkach, cholera wie. Są pewne przesłanki, że uczestniczą w podtrzymywaniu pamięci.

Głównym oskarżonym w chorobie Alzheimera jest natomiast amyloid-beta, białko, które w nieprawidłowych warunkach odkłada się we włóknistej formie tzw. płytek starczych. Wczesna faza choroby to jeszcze brak płytek, ale zbrylone białka - oligomery, po kilka cząstek - krążą między neuronami, zaburzają funkcjonowanie synaps i proces uczenia się.

Pan Stephen Stritmatter et al z Uniwesytetu w Yale odkryli natomiast, że obydwa białka ze sobą oddziaływują. Normalne białko prionowe i amyloid-beta. Myszki pozbawione prionu były odporne na szkodliwe oddziaływania beta amyloidu, przynajmniej w tej pierwszej fazie oligomerów. Kto by pomyślał?

Co to oznacza? Przede wszystkim teraz dysponujemy nowym celem dla leków przeciwko tej chorobie. Specjaliści już zacierają łapki, bo jeżeli coś będzie działać, to sporo zarobią. Może za parę lat wprowadzi się wreszcie na rynek takie leki, które walczą z przyczynami, a nie ze skutkami zniszczeń.

Jeżeli ktoś chce nie tylko niusa, ale papier w całości, razem z bebechami, mogę przesłać. Co do drugiej publikacji, to absolutnie nic nie wiem, ale może ją ściągnę.

Wysmażyłam takie przydługie opowiadanie, właściwie to mini powieść, teoretycznie na pracę dyplomową, tę z którą się opierniczam od półtora roku, praktyka okazała się bardziej skomplikowana. Jakiś czas się łudziłam, że to fantastyka, ale chyba nie. Nie nadaje się do żadnej antologii, ale może coś z nim zrobię. Jeżeli nagle wyrośnie ze mnie autorka głównego nurtu, pamiętajcie, że to tylko romans na boku. Życzcie mi po(za)wodzenia.

22:08, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 czerwca 2008
Avangarda 2008 etc.

Hellou hellou, to znowu ja, wasza nieszczególnie już młoda i nadal nieszczególnie znana, ale za to bardzo zdolna pisarka. Chyba. Prawie. No, może nawet i tak.

W sobotę pojawiam się na konwencie zwanym Avangardą w Warszawie. Wykład odbędzie się o 13.00 (bardzo dobra pora!) i owszem, będzie o tym, co zwykle. Czyli o kolonizacji obcych światów dla początkujących. Nie skłamię, jeżeli powiem, że bardzo ciekawy. I jeśli dysponujecie porządnym statkiem kosmicznym z opcją skoków w nadprzestrzeni, całkiem realistyczny. Astronomią interesowałam się kiedyś hobbystycznie, a co do biologii, to po coś skończyłam te studia. 

Aha, mam nową pracę. Będę się teraz zajmować neurobiologią w Instytucie Nenckiego i o ile wszystko pójdzie jak trzeba, zrobię tam doktorat. Cieszę się niezmiernie, bo zespół jest bardzo sympatyczny, szef piekielny bystrzacha, a projekty ciekawe - żyć nie umierać. Przekopałam się przez stertę publikacji i właśnie zacieram rączki. To jest to, bliskie sąsiedztwo Wielkiej Zagadki! Trzeba co prawda kroić szczury (nie podam szczegółów, bo wrażliwsi mogą puścić pawia), ale znowu, po coś kończyłam te studia...

23:09, notkostrony
Link Komentarze (3) »
czwartek, 27 marca 2008
Braaaaains.....

Jakoś wypadałoby coś napisać. Przed świętami byłam bowiem na R-konie i nieopatrznie dałam się namówić na spotkanie autorskie.

Jako, że bardzo łatwo mnie stremować i stanowczo nie należę do istot scenicznych, pamiętam je trochę przez mgłę.* Krzysztof Książek w każdym razie na pewno się postarał, nawet przyszło trochę ludzi, nawet jeden człowiek notował. Naprawdę, istnieją osoby, które notują na spotkaniach autorskich. Ale i na mnie w przypadku tzw. blokady twórczej pomysły spływają najlepiej za pośrednictwem staromodnego długopisu. Gdyby nie moje lenistwo i ciężkie mańkuctwo, pewnie nadal pisałabym na papierze.

 *O tremie najlepiej zapomnieć wzbudzając swojego wewnętrznego geeka. Każdy ma temat, a nawet kilka, na które może trajlować przekraczając dowolne limity czasowe...

"Dylemat emigranta - wybierz obcą planetę", czyli wykład budzący mojego wewnętrznego geeka, powtórzę na następnym konwencie, na którym się zjawię, o ile organizatorzy nie będą mieli nic przeciwko. Od tej pory będzie jednak nosił komercyjny tytuł "Kolonizacja obcych światów". Podobno tak jest lepiej.

Jak ktoś nie bywa na konwentach, zawsze może przeczytać artykuł w 61 numerze Fahrenheita, dokładnie pod tym samym niekomercyjnym tytułem, co prelekcja do tej pory. Pomyliłam aphelium z peryhelium, ale poza tym jest ok. Na żywca zawsze dorzucam nowe szczegóły. Na przykład ostatnie odkrycie układu podobnego do naszego... no dobra, przestanę zanim się rozkręcę :)

 A, co z tytułem notki - wbrew pozorom nie chodzi tutaj o "Ciasteczko dla Lorelei", czyli zawarte w Księdze Strachu opowiadanie a'la Studio Troma, z dużą ilością gumowej ektoplazmy i kilkoma przemyśleniami na deser - a raczej o to, że zasypiam na siedząco. Jutro zmiana pogody. Pomnijcie me słowa. W tej kwestii bywam lepsza niż górale tatrzańscy, chociaż nie z powodów reumatycznych.

21:35, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6