RSS
piątek, 23 listopada 2007
Są małe kłamstwa, duże kłamstwa i statystyka

W tym miesiącu użytkownicy znajdowali moją stronę (na notkostrony.prv.pl) - między innymi - za pomocą następujących haseł:

"wsssssss"
"węgorz na żywca" (wystarczy wstawić jedno opowiadanie o rybach, a na stronę zlatują się domorośli kłusownicy...)
"larwa węglika" (że co???)
"zatrucie oparami bimbru" (zdecydowanie hit miesiąca...)
"niebezpieczne przyprawy domowe które wybuchają" (Jezu.... aż się boję myśleć, PO CO ktoś szuka takich rzeczy)

Jak to wypada w porównaniu z wrześniem ("amoniak czy świeci" - nieeee, nie świeci, naprawdę!)
albo z sierpniem ("sól kuchenna na lysienie?" - czego to ludzie nie wymyślą...i "jak jeść mango"- podpowiadam, ze ostrożnie, bo cieknie.)...?

 Tymczasem są rzeczy, o których nie śniło się fantastom...

http://steampunkworkshop.com/lcd.shtml

 

 

22:40, notkostrony
Link Komentarze (2) »
wtorek, 16 października 2007
Ględzenie przedwyborcze
To ja powinnam jakoś przedwyborczo chyba.

Przyznam się szczerze, że jakoś w tym roku niechętnie będę wrzucać tę kartkę. Głosuję zawsze, obecność obowiązkowa, przywilej wolnego człowieka, chociaż wolność to też niekoniecznie zaraz miód i czekolada. Nieprzypadkowo tak wielu ludzi woli, kiedy to za nich się decyduje. Bardzo wygodna sytuacja, nawet narzekać można z czystym sumieniem, bo przecież się nie krytykuje samego siebie… hm.

No, ale trochę odjechałam z tematu, a miało być o wyborach. A może nawet o poglądach.

Moje poglądy polityczne są takie, że nie istnieją. To znaczy najchętniej głosowałabym na jakąś partię liberalną gospodarczo i obyczajowo, a jednocześnie pełną przebojowych, uprzejmych, mądrych ludzi.
Proszę zwrócić uwagę na oksymorony zawarte w powyższym zdaniu.
Jedyna duża partia liberalna gospodarczo jest konserwatywna światopoglądowo aż do urzygu. Przepraszam konserwatystów, którzy to przypadkiem czytają, ale z natury jestem hipiską. Monogamiczną i niepijącą, ale chodzi mi dokładnie o to samo, znaczy pokój (własny), miłość (hm!), wolność (a nie szybkość) życia i używki (w sensie herbata).

Moi starzy demokraci, na których głosowałam nawet w tym roku, co nie weszli do Sejmu, dali się zjeść niedobitkom z SLD. Nie lubię tej partii, źle mi się kojarzy, nie ufam ich socjalistycznym pomysłom na gospodarkę. Akurat przegięcie w żadną stronę nie jest dobre, ale nas jeszcze nie zdążyło nawet porządnie wygiąć w stronę sprawnego kapitalizmu.

Gdybyśmy żyli w USA, pewnie zamieniłabym się w socjalistkę. Ot tak, dla zdrowej równowagi. Ale tutaj…?
Znaczy akurat podatek liniowy niekoniecznie, bo wszystkie moje źródła dochodu, włącznie z głównym (pensja początkującego naukowca) cieszą się ulgą z tytułu praw autorskich. Może gdyby jednocześnie podwyższyli pensję… albo niech podwyższą teraz. A co. Się nie zmarnuje.

Trzecia duża partia wywołuje we mnie reakcję walki albo ucieczki. Słowo daję, dawno nie było takiej sytuacji: premier powie jedno zdanie, a mnie się wszystko przewraca. Mam poglądy dokładnie odwrotne. W stu procentach. A jeszcze gorzej mi się robi jak pomyślę, że ktoś się w ogóle może z nimi zgadzać.

Podobno bracia K chcieli wywalić palmę z Alei Jerozolimskich. Bo niechrześcijańska, w przeciwieństwie do choinki bożonarodzeniowej (?!?! google pochodzenie choinki). To jest moim zdaniem symptomatyczne. Najpierw palmy, a potem Niebieskie Króliki i wszystko, co mądre i piękne.

Są jeszcze chłopi.
Nie jestem chłopem.

Poza tym jest Partia Kobiet, ale sceptycznie patrzę na ten ich hurraoptymizm. Zresztą też machają szabelką. Jesteśmy jednej krwi, niestety, mamy dokładnie takie wady jak panowie, może tylko trochę więcej w nas odpowiedzialności. Ale nie oszukujmy się. Trochę.

Może dam im kreskę, żeby się przynajmniej rozwijały dzięki dotacji, mają fajne inicjatywy lokalne. A ja mam słabość do wszystkich drobnych spraw i beznadziejnych przedsięwzięć. I pewną historię wyprowadzania takich przedsięwzięć na prostą.

A może jednak dołożę patyczek na wagę, która ma odebrać stanowiska dwóm napuszonym braciom bliźniakom?
Kolejna dygresja - dlaczego nie ma zapisu, że krewni pierwszego stopnia nie mogą jednocześnie pełnić wysokich stanowisk państwowych? Przecież tak to można całe klany…

Ogólnie i całościowo, głosować trzeba i nie wstydzić się tego, na co się głosuje. Nawet jeśli wybrana przeze mnie partia okaże się do luftu... no, w końcu politycy są jak sprzedawcy używanych samochodów.

Moje życie, moje błędy.
A co.
20:48, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 września 2007
Zaprawdę powiadam wam...

21.09.07 oficjalna premiera zbiorku fahrenheitowego pt. "Kochali się, że strach".

Listonosz jeszcze nie doniósł egzemplarzy autorskich, więc nie wiem jak wygląda w środku, sami się przekonajcie. Wiem tylko, że są tam moje "Imponderabilia" (sic!).

Hm...hm...

Spoilerów nie będzie.

Prace nad moim ulubionym białkiem, brit1, zaczynają powoli dawać rezultaty. Z całą mocą zaprzeczam pogłoskom, jakobym studiowała jego właściwości tylko dlatego, że brzmi brytyjsko.  

21:10, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 września 2007
Helou, pszczółki moje kochane...

Zapuściłam tego bloga, notki się nie pojawiają, chciałam skasować, ale patrzę i widzę, że ktoś nań wchodzi. No to może go zostawię...

Muszę znaleźć jakiegoś kumatego informatyka ze znajomością php, żeby to miejsce (tj. strona) jakoś wyglądało. Nawet chciałam to zrobić osobiście, ale nie mam czasu się nauczyć.

Wszystkich, którzy zjawili się na Polconie i którzy mnie nie zastali, bardzo przepraszam. Moja stopa (prawa) nie nadawała się do chodzenia, to znaczy operowano ją dnia poprzedniego. W sumie drobiazg, ale przez weekend nie ruszałam się z domu (oprócz bycia pasywnie wożoną na imieniny babci Stefci). Stopa już funkcjonalna, działa całkiem nieźle.

Z innych dobrych rzeczy - niedługo wychodzi zbiorek "Kochali się, że strach" nakładem Fabryki Słów i jest tam moje opowiadanie pt. "Imponderabilia". Zastrzegam od razu, że niepoważne w stopniu wysokim :)))

Sławomir Dzieniszewski przysłał parę zwrotek "Cienia krukojeża". Zapraszam.

17:19, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 maja 2007
Na podbój Nowego Świata

Jakiś czas temu wróciłam z wycieczki po Stanach Zjednoczonych. Stanowczo miodnie było. Postanowiłam więc przekopiować Wam dziennik, który tam prowadziłam. Będę umieszczać go odcinkami.

Enjoy!

Czekałam na tę wyprawę, nie ma co ukrywać. Samolotów się nie boję, stan oderwania od ziemi uważam za bardzo przyjemny - tyle, że tym razem miało to trwać długo. Bardzo długo. Stanowczo zbyt długo.
Po wyściskaniu Lubego, zabrałam się razem z bratem na pokład.

Oprócz lekkiej nerwówki podczas przesiadki w Niemczech - i pewnego rozgardiaszu panującego na pokładzie z powodu obecności gromady dzieci (dziecko, które potrafi usiedzieć bez ruchu przez 10 godzin, z całą pewnością jest ciężko chore albo martwe) - lot minął bez większych komplikacji. Wymięci jak ściereczki ustawiliśmy się do odprawy celnej.
Wyobraźcie sobie kolejkę mniej więcej jak po autografy Neila Gaimana do każdego z kilkunastu okienek. Kolejkę, w której stoją zblazowani Anglicy, pijani w trzy dupy Norwegowie, nieco zrezygnowani Niemcy i całe stado Koreańczyków odstawionych jak na odpust. Pozostaje ich słodką tajemnicą, jakim cudem nie wyglądali na wymiętych.
Jedna z Azjatek, ubrana w mini, ze szpileczkami mierzącymi kilkanaście centymetrów i z różową kokardką we włosach (!) postawiła obok siebie jakąś klateczkę. Z początku myśleliśmy, że przywiozła królika (bez skojarzeń proszę), ale z klateczki wkrótce dobyło się piskliwe „Niaf! Niaf! Niaf!” i Azjatka wydobyła z zamknięcia puchatego, białego pieska rozmiarów mniej więcej świnki morskiej.

Nie wiem, czy celnicy do takich strzelają, czy tylko trzymają na kwarantannie.

Wbrew krążącym po kraju legendom, nikogo z granicy nie zawracają. Nawet trójka pijanych Norwegów dostała pieczątki, chociaż trzeba przyznać, że celnicy wyglądali na bliskich udzielenia im wilczego biletu. Ale w końcu przepuścili.

Ale głupi ci Amerykanie.

Powietrze w Los Angeles - suche jak pieprz. Włosy się elektryzują, jak u nas w zimie. Dookoła palmy, eukaliptusy, opuncje. Gdyby nie gigantyczny wodociąg obsługujący miasto, nic by tutaj nie wyrosło. Dookoła aglomeracji rozciąga się pustynia.
To się nazywa skuteczny terraforming...

Miasto śliczne, trochę nudnawe, ale słoneczne, szczęśliwe i zamożne. Nawet pracownicy w supermarketach są po amerykańsku wyluzowani. Grubi trochę, ale chyba szczęśliwi. Z segregacją rasową niby dawno skończono, ale i tak wszystkie zawody niskopłatne wykonują głównie kolorowi. Mniejszości narodowych od groma. Można się wyprowadzić z Polski, Chin, Iranu i nigdy nie stracić kontaktu z językiem.

Ciocia mieszka na uliczce, która odchodzi od Mulholland Drive (jak w tym filmie). Niedaleko Jacka Nicholsona i Lindy Evans (tej z Dynastii). To nie znaczy, że ciocia jest nababem, dzielnica składa się z dużej ilości domków klasy średniej i nielicznych willi z posiadłościami. Domki są wygodne, zbudowane z byle czego i nasuwają natychmiastowe skojarzenia z nadmorskim kurortem. Nawet wille wyglądają jak nieco większe domki letniskowe albo ośrodki. Mnóstwo terenu do biegania, niedaleko park narodowy.

A więc - wakacje. Yeah, cool.
Występują tutaj: kolibry, jaszczurki, grzechotniki, kojoty, jelenie, wiewiórki ziemne (jak Chip i Dale), sokoły, myszy i cała masa ludzi z psami.
Na widok jaszczurek bratu przypomniało się jego stare hobby. Czaił się z aparatem i fotografował malutkie agamy z nadzieją, że zauważy również grzechotnika. Ale było już popołudnie, węże zdążyły się schować.

Zaraz, bo piszę niechronologicznie. Najpierw było tak:
Zainstalowaliśmy się u cioci po kilkunastogodzinnej podróży w bezczasie. Faktycznie wystartowaliśmy z Munchen około południa, a na lotnisku znaleźliśmy się przed trzecią. Taki długi dzień potrafi zmęczyć, ale nie mogliśmy położyć się wcześniej spać, żeby dać radę się przestawić. Po przywitaniu się z ciocią, babcią i wujkiem dotrzymaliśmy mniej więcej do dziewiątej, a potem poszliśmy w kimę.
W domu mieszka młody doberman, z którym zawarłam niepisaną umowę - ja go ignoruję, a on ignoruje mnie. Chyba, że się zapomni. Ma irytującą skłonność do oblizywania cudzych łydek i podgryzania wszystkiego, co wpadnie mu pod pysk. Zdaje się, że ząbkuje.

Dzień drugi: muzeum. Willa Paula Getty’ego, kolekcja sztuki antycznej. No, w takim muzeum to bym chętnie sama zamieszkała. Domiszcze jest wzorowane na willi jakiegoś bogacza w Pompejach - sam ogród i wystrój robią większe wrażenie, niż antyczne figurki porozstawiane po gablotkach (wiecie, że te wszystkie białe rzeźby dla Greków wcale nie były białe, oni je malowali, tylko farbki starły się przez te kilka tysięcy lat).
Sam Paul Getty, to znaczy nabab, który urządzał to wszystko za pieniądze pozyskiwane min. od szejków arabskich, dawno nie żyje. Kolekcją zajmuje się fundacja. Druga część muzeum jest podobno ciekawsza, wiszą tam różne obrazy francuskie i tym podobne. Trzeba będzie zobaczyć.

Potem - plaża w Malibu. Morze! Piaseczek! Muszelki!
Znaczy muszelki przeważnie połamane, a piasek szarawy, za to skrzący się w słońcu - olbrzymia zawartość miki. W dodatku zobaczyliśmy delfiny. Znaczy się, delfinie grzbiety, bo w całości nie wynurzały się ponad powierzchnię wody. Ach, morze! Ach, jak bym jeszcze połaziła po plaży!
Babcia lepiej wprawiona w maszerowaniu niż my. Ja się zmęczyłam, babcia w żadnym wypadku...
Po południu spacerowaliśmy, a brat bezskutecznie szukał grzechotników. Mam nadzieję, że nie uda mu się żadnego znaleźć, bo zamiaru nie porzucił.

Dzień trzeci: żeglowanie po Pacyfiku. Widziałam fokę. Odkrycie: nie przepadam za żeglarstwem. Nie mam choroby morskiej, ale siedzenie na tyłku i patrzenie na wodę usypia - zwłaszcza, jeśli na nic się tam nie przydaję i robię za balast. Pewnie by mi się lepiej spodobało, gdybym prowadziła sama. Albo łowiła ryby. Albo coś.
Jakiś facet wypisał na niebie dymkiem, że kocha bliżej nieokreśloną Tracy. Życzę mu szczęścia.

Z wielkim bólem udało nam się kupić przejściówkę na europejskie kontakty, dzięki czemu dorwałam się wreszcie do własnego laptopa. Gdybyście kiedyś jechali do Stanów, zabierzcie przełączniki ze sobą, większość pracowników w sklepach z elektryką nie zrozumie, czego właściwie od nich chcecie.

Nie jechaliśmy przez Sunset Boulevard. Roboty drogowe.

 

19:01, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 marca 2007
Szybkim rzutem w ogniu przygotowań

...jeszcze wrzucę link do recenzji na Wirtualnej Polsce. Świetnej zresztą.

 

16:35, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 marca 2007
Człowiek chciałby mieć wszystko łatwo i prosto...

Człowiek chciałby mieć wszystko łatwo i prosto. To se ne da, pane Havranek.

Jeżeli piszesz, musisz się pokazywać. Jeżeli pokazujesz się zbyt często, brakuje czasu na pisanie, zwłaszcza tym, którzy nie mogą - i bądźmy szczerzy, najczęściej wcale nie chcą - pozwolić sobie na pełnoetatowe pisanie (95% polskich pisarzy). Czy to nie jest pewien paradoks?

Można narzekać na taki stan rzeczy... ale po co? Narzekanie też jest nieproduktywnym zajęciem, na które nie warto tracić czasu. Każda chwila, jaką spędzasz narzekając może zostać wykorzystana w dowolny inny, znacznie przyjemniejszy sposób. Na przykład - na pisanie. Ale także na poznawanie tajemnic php (nieznajomość tego języka stanowi karygodne zaniedbanie z mojej strony, które kiedyś zamierzam naprawić), jedzenie czekolady, picie herbaty albo rysowanie średnio przystojnych mangowych mordek.

Nie jestem szczególnie dobra w pokazywaniu się. Przez całe liceum i studia zajmowałam się zupełnie czym innym. Prawdę mówiąc, tysiącem innych rzeczy. Moja praca także nie polega na konkursie popularności. Mam przyjemność uprawiać zawód, w którym można przez tydzień chodzić z oderwanym guzikiem od żakietu albo wręcz w sweterku i nikt ci złego słowa nie powie. Lubię się czasami odstawić, zwłaszcza w stylu retro. Ale praktykowanie tego na co dzień byłoby zbędną stratą czasu i atłasu.

Dzisiaj postanowiłam wychylić głowę zza winkla i opowiedzieć trochę o sobie, o literaturze i o wszystkim, co z tego wynika.

Wydałam książkę. Publikowane tu i ówdzie recenzje powiedziały ci, jaka ona jest... ale tutaj doradziłabym ostrożność. Recenzja to tekst w dużej mierze skrótowy i zależny w prostej linii od nastroju jej autora, który dostał książkę do przeczytania na wczoraj, natomiast artykuł napisał na przedwczoraj. Poza tym gusta recenzentów, nawet najsympatyczniejszych, bywają zdradziecko niekompatybilne z czytelniczymi.

Teraz, kiedy masz pod ręką kilka albo i więcej materiałów porównawczych, z samą książką na dokładkę, mogę z czystym sumieniem opowiedzieć, czego właściwie możesz się po niej spodziewać.

Zapewne zauważyłeś (zauważyłaś), że celowo unikam słowa “powieść”. Wolę mówić “opowieść”. Jeżeli zajrzysz na moją stronę, zobaczysz część elementów składowych, z których z czasem wytworzyłam całość. Ale to nie jest także zbiór opowiadań - poszczególne rozdziały, jakkolwiek obdarzone własną fabułą, razem współgrają jak należy. Zadecyduj sam/a, jaka forma ci bardziej pasuje, ja nie będę szczególnie przeszkadzać. Podobno czyta się jak powieść. Ja tam nie wiem, ja tu tylko piszę.

Podobno istnieje taka rzecz, jak target, więc spróbuję określić, dla kogo ta książka jest: ogólnie rzecz biorąc, dla młodzieży od lat 15 do 40, a może nawet i nieco starszej młodzieży. Niegłupiej młodzieży. Zakładam, że jesteś niegłupi/a i nie będę ci wciskać żadnego kitu.

Akcja dzieje się w Stanach, ale nie sugeruj się tym za bardzo. To jest ta sama Ameryka, którą sobie wyobrażałeś/aś, kiedy dostawałeś/aś od cioci paczkę z dżinsami i oglądałeś Miami Vice. Daleko, daleko, za siódmym morzem - a jednocześnie w twoim mieście.

Tak to już bywa w bajkach.

Oprócz tego mamy sporo rozrywki, tak twierdzą ludzie, cokolwiek by to oznaczało. Niektórzy faktycznie rozrywają się nawzajem. Jest trochę krwi i flaków, a także półnagie panie. Nie za dużo. W większej ilości jakoś nie pasowały do fabuły.

Nie mam pojęcia, co to jest za gatunek. Niby, że miejskie fantasy (podjęłam krucjatę propagowania polskiego terminu), ale to nie znaczy, że w dalszych tomach np. nie wyślę bohaterów w kosmos albo nie każę im sprzedawać motylków na balu u Salomona. Niby bawię się klockami, które dobrze znam, ale układam je na zasadzie przekładańca. Dom Wschodzącego Słońca jest, mam nadzieję, jak kremówka, a nie jak cebula.

Poza tym powsadzałam tam całe tony gier słownych, rymowanek, metafor i ukrytych aluzji. O ile mi wiadomo, to niczego nie utrudnia czytelnikowi, za to niezmiernie bawi autorkę. Bardzo serio: jestem całkowicie niepoważna, ale nie nabijam się z ciebie, chyba, że mi na to pozwolisz. Wyobraź sobie, że dwumetrowy facet z kataną na plecach, urodziwy piosenkarz rockowy, zgryźliwy geniusz, pulchna zakonnica i mała lady punk potrafią oddziaływać na n-wymiarową przestrzeń. Wyobraź sobie, że istnieje magia.

A teraz spróbuj w to uwierzyć.

Witamy w Farewell.

Czuj się jak u siebie w domu.

P.S. Wyjeżdżam wkrótce do Kaliforni i wracam w połowie kwietnia. Do przeczytania.

15:17, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 marca 2007
Wywiady o pięknych bestiach. Recenzja.

W dziennikarstwie, jak wiadomo, warto zaczynać wcześnie - i niektórzy nawet to robią.
Gimnazjalistki z Grzebieniska ambitnie wystartowały z projektem dotyczącym zwierząt fantastycznych. Jasna i prosta ilustracja zasady: jak się chce, to się potrafi :)
Do tej pory wywiadu udzielili: Anna Brzezińska, Marcin Mortka... i ja. Moc jest z wami, dziewczyny!

http://zwierzetawwywiadach.blog.onet.pl/

A tutaj recenzja z "Carpe Noctem".

http://www.carpenoctem.pl/pages/domwschodzacego_r.htm

Co poza tym? Projekt w labie zaczyna mieć ręce i nogi. Moje roztargnienie trochę w tym przeszkadza, ale to podobno cecha naukowców.

Mówiąc o roztargnieniu... idę sobie dzisiaj ulubionym skrótem wzdłuż błotnistej ścieżki. Patrzę, widzę, jakaś szmatka leży. Deseń jakoś wydał mi się znajomy. Kilka miesięcy wcześniej w niejasnych okolicznościach zgubiłam śliczny szaliczek ze sztucznego jedwabiu. Zazwyczaj nie podnoszę rzeczy z ziemi, ale to wyglądało naprawdę podobnie. A nawet identycznie.

Mój szaliczek (który musiał wypaść mi z kieszeni) całą zimę leżał pod lodem w stanie hibernacji.

Zabrałam go do domu i przeprałam. Jezusicku, jaki ten sztuczny jedwab odporny. Nie spleśniał, nie zetlał, nie stracił koloru, no nic. Nadal śliczny jak marzenie. Suszy się teraz w cieple i chyba mogę go uznać za odzyskanego. Ostateczny dowód na to, że ja niczego nie gubię. Tylko zapodziewam.

22:35, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 stycznia 2007
Recenzja w onecie

 

Oto link:

Recenzja w onecie

16:37, notkostrony
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 stycznia 2007
Dom Wschodzącego Słońca - kolejna recenzja (tak, wiem, robię się monotematyczna)

 

http://katedra.nast.pl/artykul/2061/Janusz-Aleksandra-Dom-wschodzacego-slonca/

Tym razem w Katedrze. Miłego!

22:09, notkostrony
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6